niedziela, 22 grudnia 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: chińska kuchnia

Zanim wyjechałam do Londynu, chińska kuchnia kojarzyła mi się głównie z tanimi chińskimi zupkami w proszku, ryżem, tłustymi fast foodami i wątpliwej jakości jedzeniem podejrzanego pochodzenia. Nigdy nie interesowałam się szczególnie kuchnią azjatycką i nie wiedziałam, że jest tak kolorowa, zróżnicowana i smaczna. I choć w Anglii odkryłam pyszną kuchnię japońską, wietnamską i tajską, a nawet przekonałam się do niektórych specjałów kuchni indyjskiej, to chińska dalej pozostawała tajemnicą.

Ponieważ zależało mi na tym, aby odwiedzić takie miejsca, w których jedzą głównie miejscowi, na kilka tygodni pożegnałam się z widelcem i nożem i tygodniami ćwiczyłam sprawne jedzenie pałeczkami - z bardzo różnym efektem. Do dziś nie umiem trzymać ich poprawnie i posługuję się nimi trochę jak widelcem, na który można zagarnąć kilka ziarenek ryżu i szybko skonsumować, zanim zdążą się zsunąć i spaść z powrotem na talerz. Z większymi obiektami szło mi nieco lepiej, ale daleko mi do chińskich dzieci, które przy sąsiednich stolikach sprawnie wsuwały pałeczkami poplątany metrowy makaron. W jednym z lokalnych fast foodów, który był jedynym otwartym miejscem w środku nocy, starsza Chinka, która nie mówiła ani słowa po angielsku, widząc moje starania, wyciągnęła spod lady plastikowy jednorazowy widelec i przyniosła mi go, uśmiechając się od ucha do ucha. W całym lokalu zrobiło się cicho, wszyscy przestali jeść i patrzyli z lekkim rozbawieniem w moją stronę, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Grzecznie odmówiłam i udało mi się jakoś dokończyć posiłek pałeczkami, nie rozrzucając zbyt dużo po stole, przy ogólnym rozbawieniu wszystkich dookoła.

W Pekinie odwiedziłam różne restauracje, głównie te polecane na portalu TripAdvisor. Uznałam, że nawet jeśli nie mają ani jednej recenzji po angielsku, ale są wysoko oceniane przez Chińczyków, to coś w nich musi być. Poniżej opisałam kilka, które szczególnie zapadły mi w pamięć


lokalny chiński fastfood
Chinatown Shopping Plaza, Minzuyuan Road, Chaoyang, Beijing, China

Mały bar szybkiej obsługi w gigantycznym centrum handlowym niedaleko hotelu, w którym mieszkałam. Bardzo dziwne miejsce - z jednej strony tradycyjne chińskie dania, z drugiej zestawy obiadowe z surówką i wściekle słodkimi napojami w papierowych kubeczkach ze słomką. Surówki, będące dość nietypowym jak na Chiny daniem, podawane były z wbitym na sztorc w zawartość miseczki białym plastikowym widelcem. Do zupy klasyczna ceramiczna łyżeczka, a do dania głównego - lakierowane drewniane pałeczki. To był zdecydowanie najtańszy obiad jaki jadłam w Pekinie.


Zestaw, składający się z miseczki zupy, dania głównego z ryżem do wyboru, surówki i napoju kosztował w przeliczeniu z yuanów około 12 zł. Menu wyłącznie po chińsku, ale przynajmniej z obrazkami.


Bianyifang Roast Duck
5 Chongwenmen Outer Street, Beijing New World Shopping Center 3/F, Chongwen District, Beijing, China

Bianyifang Roast Duck to sieć restauracji, których popisowym daniem jest pieczona kaczka. Każdemu klientowi, który je zamówi, przedstawiany jest numer seryjny przygotowanej dla niego specjalnie kaczki, wraz z krótkim opisem jej życia w hodowli. Na specjalnym wózku, przystrojonym białym obrusem, na metalowej tacce wjeżdża świeżo upieczona kaczka. Kucharz, w białej czapce na głowie, uzbrojony w ostre narzędzia, rozpoczyna następnie trwający kilka minut rytuał krojenia kaczki na oczach gości. Chodzi o to, aby oddzielić pokrojoną w idealnie równe, cienkie paseczki chrupiącą skórkę i soczyste mięso tuż pod nią, podawane osobno na talerzykach jako danie główne, od kości, które wrócą do kuchni i posłużą do ugotowania wywaru na zupę. Tak przygotowaną kaczkę należy własnoręcznie zawinąć, wraz z sosem sojowym i warzywami, w cienki ryżowy mini-krokiecik. Niektórzy dodatkowo obtaczają wypieczoną skórkę w białym cukrze. Kaczka po pekińsku to jedno z najbardziej znanych w Pekinie dań z kaczki. Ponieważ kaczkę próbowałam już w innej restauracji, i nieszczególnie przypadła mi do gustu, postanowiłam spróbować tutaj czegoś innego. A ponieważ bardzo mi smakowało, przyszłam tutaj dwa razy.

zupa z tofu, grzybów mun i zielonej pietruszki; Kung Pao Chicken (kurczak, orzeszki ziemne, suszona czerwona papryczka chili, por, sos sojowy); durian zapiekany w cieście francuskim; wołowina ze słodkimi ziemniakami, suszonymi czerwonymi papryczkami chili, brokułami i porem; wieprzowina w sosie własnym

gotowane na parze pierożki z mąki ryżowej z krewetkami; bliżej nieokreślone "coś" do picia, w smaku przypominające bożonarodzeniowy kompot z suszonych owoców


kuleczki ze słodkich ziemniaków z miętą i kokosem

słodkie bułeczki z mięsem i warzywami gotowane na parze

 Ceny zdecydowanie wyższe niż w lokalnym fastfoodzie, ale jedzenie pierwsza klasa. Ogromne menu, w postaci grubej kilkudziesięciostronicowej książki formatu A4 po chińsku i angielsku z obrazkami. Za każdym razem po złożeniu zamówienia, kelner kładł na stole wypisany ręcznie po chińsku rachunek, z którego następnie pod czujnym okiem szefowej sali skreślał pozycje w miarę przynoszenia nowych dań. Prawie nikt nie mówił tutaj po angielsku, ale do podstawowej komunikacji wystarczył angielsko-chiński Google Translate.


Manfulou
38 Di'anmennei Dajie, Beijing, China

Manfulou urzekło mnie bardzo elegancko zaprojektowanym wnętrzem - dużo tu koloru czerwonego, żółtego i złotego, w zdobieniach dominują smoki, a pośrodku głównej sali na suficie znajduje się płaskorzeźba ze smokami i gigantyczny smoczy lampion. Zdziwiło mnie menu - było w nim bardzo mało typowych dań jedzonych z dodatkiem ryżu, a bardzo dużo surowych potraw. Ponieważ wtedy jeszcze nie wiedziałam zbyt wiele o chińskiej kuchni, uznałam, że widocznie Chińczycy tak już jedzą - w końcu w Europie jada się tatara, to może tutaj jest podobnie. Zamówiłam zatem dania, które wydawały się "bezpieczne", choć przy jednym z nich kelnerka bardzo się ożywiła, gestykulowała, mówiła coś po chińsku i pokazywała na inne stoliki, ale całość była kompletnie niezrozumiała. Kilka razy jeszcze upewniała się, czy na pewno, ale ponieważ były to oswojone już wcześniej pierożki z mięsem, przypominające w smaku polskie pierogi, więc stanowczo odpowiadałam, że tak, na pewno chcę. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że Manfulou to restauracja hot pot, czyli "ugotuj sobie sam". Polega to na tym, że dostaje się surowe półprodukty, które należy samodzielnie ugotować w wodzie lub specjalnie przygotowanym wywarze, dostępnym w różnych smakach. No i właśnie te "bezpieczne" pierożki przyszły... surowe, a do nich wanienka z wodą, ogrzewana od spodu lampką naftową. Pani kelnerka wykazała się przy tym anielską cierpliwością, demonstrując na migi jak należy z tego korzystać, jak złapać pierożek pałeczkami, jak długo powinien się gotować i jak go następnie wyłowić. Wszyscy dookoła mieli niezły ubaw, ale po kilku nieudanych próbach wyłowienia pierożka z wanienki, ktoś zlitował się i przyniósł łyżkę i od tego momentu wszystko było zdecydowanie prostsze. Bardzo ciekawe i pozytywne doświadczenie. Większość dań udekorowana była storczykami - dopiero później dowiedziałam się, że są one jadalne.


"bezpieczne" pierożki

Bardzo smaczne jedzenie. Ponieważ to hot pot, większość menu stanowią surowe półprodukty - głównie warzywa, owoce morza i mięso. Menu angielsko-chińskie z dużymi obrazkami. Z całej obsługi, po angielsku co nieco mówiła jedna kelnerka, ale to wystarczyło aby zamówić nieobecny w karcie ryż.


Haidilao Wangfujing Branch
8F Tianyingtai Dept Store, 88 Wangfujing Dajie, Dongcheng District, Beijing, China

Mając za sobą pierwsze doświadczenia z hot potem, postanowiłam udać się do Haidilao, w którym wszystko trzeba sobie samemu ugotować. Do wanienki z gotującą się wodą, wlewa się wybrany smak wywaru - pieczarkowy, pomidorowy lub pikantny. Można też wziąć pół na pół - na poniższym zdjęciu po prawej pomidorowa zupa z pieczarkami, a po lewej "średnio" pikantna z całymi papryczkami chili, imbirem i czosnkiem.


To nie było średnio pikatne - ten wywar palił w język i gardło, przeczyszczał nos i wyciskał z oczu łzy. To było bardzo pikantne, wręcz niejadalne. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o kuchni syczuańskiej, znanej z ostrych przypraw. "Średnio" pikantne w skali syczuańskiej to "kompletnie niejadalne" w skali europejskiej. Do zupy trzeba było wybrać składniki z długiego menu z obrazkami, w którym były warzywa, owoce morza, jajka, tofu, a także wszystkie możliwe części zwierząt, jakie tylko można sobie wyobrazić. Naprawdę wszystkie - i nie tylko pospolite móżdżki, nerki, czy łapki: wszystkie-wszystkie, a gdyby ktoś miał wątpliwości, każdemu półproduktowi towarzyszyły bardzo sugestywne obrazki.



zupa po dodaniu składników
Bardzo prosty pomysł - dostarczyć świeże półprodukty i zostawić gotowanie klientom. Na pewno nikt nie będzie narzekał, że kapusta była rozgotowana, kalafior zbyt twardy, a mięso nieświeże. Do restauracji przychodziły całe rodziny, a ceny były stosunkowo niskie. Musi tu jednak przychodzić dużo turystów - obsługa mówiła zdecydowanie zbyt dobrze po angielsku. To również pierwsze (i jedyne) miejsce, w którym kelner przyjął napiwek i nie gonił mnie po ulicy z resztą, przekonując, że pomyliłam się przy odliczaniu pieniędzy i zapłaciłam za dużo.


Duck King (Ya Wang)
1 Minzuyuan Lu, Chaoyang district, Beijing, China

To miejsce odwiedziłam ostatniego dnia, tuż przed odlotem. W całej restauracji dominował motyw kaczki - nawet stojak na pałeczki był w kształcie kaczki. Tuż przy wejściu gigantyczne akwarium z rybami. Tu też bywa zdecydowanie zbyt wielu turystów - nigdzie wcześniej nie widziałam ryżu w menu, i nigdy wcześniej nie dostałam go w tak dużych ilościach, a do tego z zielonym groszkiem konserwowym. Jednak dwie potrawy szczególnie pozytywnie zapadły mi w pamięć, nawet jeśli nie były typowo chińskie: wołowina z pieczonymi batatami i słodką papryką oraz wołowa gicz z marchewką i brokułami w sosie własnym. O ile wołowinę dało się jeszcze zjeść pałeczkami, o tyle duże kawałki giczy w sosie nijak nie dały się nabrać ani na łyżkę, ani między pałeczki. Rozejrzałam się po sali i już nie miałam wątpliwości jak to należy zjeść - choć do przedostatniej kosteczki czułam się jak barbarzyńca, który nie słyszał nigdy o sztućcach. Przedostatniej, ponieważ w Chinach zawsze należy coś zostawić na talerzu - oddawanie pustego talerza jest uznawane za niekulturalne i świadczy o tym, że gość się nie najadł.




Przez cały mój pobyt w Chinach, w żadnej restauracji (poza hot potem) nie znalazłam surowych warzyw ani produktów mlecznych. Wszystko było gotowane lub smażone. I prawie zawsze przepyszne.

niedziela, 6 października 2013

Jesień w Londynie

Po wyjątkowo upalnym, jak na Anglię, lecie, przyszła ciepła, pogodna jesień. To moja trzecia jesień w Londynie - dotychczas ta pora roku bywała zimna, mokra, deszczowa, szaro-bura i pesymistyczna. W tym roku jest zupełnie inna. Brakuje jej co prawda przepięknych, kolorowych dywanów liści, tak typowych dla polskiej złotej jesieni, za którą bardzo tęsknię, ale kto wie - może jeszcze przyjdzie na nie czas. Póki co jest bardzo ciepło, niemal bezdeszczowo, temperatury sięgają nawet dwudziestu stopni, a liście na drzewach są niezmiennie zielone. Niedaleko rośnie wielki, rozłożysty kasztanowiec i przechodząc pod nim codziennie, za każdym razem wypatruję pierwszych kasztanów. Żaden nie spadł jeszcze na ziemię - wszystkie dorodne, kolczaste kulki trzymają się dalej zielonych gałązek.

Tydzień temu byłam na kilka dni w Polsce, głównie po to, aby złożyć na uczelni pracę magisterską. Informatyka przeniosła się co prawda do nowego budynku, na którym praktycznie nie miałam zajęć (nie licząc kilku egzaminów), bo byłam już wtedy w Londynie, a na korytrzach brak znajomych twarzy, ale mimo to wróciło tyle wspomnień, związanych z tym krótkim czasem, kiedy mieszkałam w Krakowie. To był naprawdę fajny czas. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdybym nigdy nie wyjechała. Na pewno było by inaczej, choć trudno powiedzieć do końca jak. Kto wie, może jeszcze kiedyś tam wrócę?

Od czasu ostatniego wpisu zdążyłam przeprowadzić się do Greenwich i urządzić moje nowe mieszkanko. Jest tu zdecydowanie ładniej niż w północnym Londynie. Więcej zieleni, cicho, spokojnie, nie słychać jeżdżących co chwilę karetek na sygnale i nie ma tu pubu, który codziennie zrzucałby puste butelki do metalowego kosza w środku nocy. Jest kilka sklepów, w tym wielkie Tesco, czynne całą dobę w tygodniu. Do pracy dojeżdżam pociągiem DLR, który jedzie po powierzchni przez dzielnicę Docklands, mijając Canary Wharf i Arenę O2. W odróżnieniu od Northern Line, w wagoniku prawie zawsze da się usiąść, można otworzyć okno, dzięki czemu jest czym oddychać, a nawet jeśli ma się pecha i zabraknie miejsc siedzących, to człowiek nigdy nie czuje się jak sardynka. Dojazd do pracy zajmuje co prawda trochę więcej czasu niż poprzednio, ale zdecydowanie mniej męczy. No i można odpisać na całą zaległą pocztę w podróży albo porozmawiać przez telefon.

Ostatnio w moim życiu dużo zmian. Myślę, że w dłuższej perspektywie wyjdą mi na dobre. Minie jednak trochę czasu, zanim się do wszystkiego przyzwyczaję.
 

niedziela, 21 lipca 2013

Zmiany, zmiany...

Ostatnio w moim życiu dużo zmian. W czerwcu skończyłam oficjalnie Graduate Program. Kończy mi się powoli czas na oddanie pracy magisterskiej, która poślizgnęła się dość znacznie, ale do września wszystko powinno być już zapięte na ostatni guzik. Jakby tego było mało, to jeszcze na początku sierpnia się przeprowadzam. Ponieważ moje nowe mieszkanko jest nieumeblowane, dochodzą do tego jeszcze zakupy, składanie mebli i wszystkie te rzeczy, o których jeszcze nie pomyślalam z powodu braku wyobraźni. Wyprowadzam się zatem z północnego Londynu, za którym będę tęsknić, do Greenwich, które mam nadzieję oswoić jak najszybciej.

Miałam dużo szczęścia przy szukaniu mieszkania. Ofert jest co prawda bardzo dużo i wydawałoby się, że jest w czym przebierać, ale większość z nich w momencie publikacji na dużych serwisach, gromadzących oferty agencji, jest już nieaktualna. Mieszkanie w dobrej lokalizacji za dobrą cenę znika z oferty w ciągu kilku godzin, czyli czasami nie ma nawet szans, aby je zobaczyć. Różne agencje mają też różną politykę - osobiście chyba wolę zasadę "kto pierwszy ten lepszy", bo przynajmniej jest uczciwie, można porozmawiać o cenie i o warunkach wynajmu; a zdecydowanie nie polecam agencji robiących "casting cenowy", czyli kto zaoferuje więcej, ten bierze mieszkanie. Oczywiście aby wystartować w castingu cenowym trzeba podpisać wstępne dokumenty, zostawić kopię dokumentów (prawo jazdy lub paszport) i zapłacić tzw holding deposit, który na szczęście jest zwracany w przypadku, gdy dana oferta przegrywa. Tak czy siak, uważam, że jest to nieuczciwe, bo kilka dni zajmie zanim pieniądze wrócą na konto, a do tego podajemy agencji dość dużo danych osobowych, które do niczego nie powinny być potrzebne na tym etapie.

Na szukanie mieszkania wzięłam kilka dni urlopu i dzięki temu mogłam jeździć od rana do nocy i być na miejscu w ciągu godziny od pojawienia się ogłoszenia na stronie. To dawało niewątpliwą przewagę, choć niestety w większości były to albo małe klitki, albo okolica była bardzo nieciekawa, albo stan mieszkania (pojedyncze okna, ogrzewanie elektryczne, itd) sugerował wysokie rachunki za media. Jednak codziennie udawało się znaleźć jedno mieszkanie, któremu nic nie brakowało, choć zazwyczaj przekraczało mój budżet. Czwartego dnia oględzin, poprzedzonego dwoma tygodniami intensywnych poszukiwań w internecie, udało się znaleźć moje nowe mieszkanko. Co prawda w ogóle nie znajdowało się w północnym Londynie, do którego się na początku ograniczyłam, ale najwyraźniej niektóre rzeczy dzieją się przypadkiem :) Pozostały już zatem tylko formalności i baaardzo duże zakupy. A potem bardzo dużo pracy.

Na ciąg dalszy relacji z Pekinu zapraszam we wrześniu.

niedziela, 23 czerwca 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: Pekin (część 1)

Pekin zawsze wyobrażałam sobie jako wielkie, kolorowe, tętniące życiem miasto, wypełnione zabytkami cesarskiej kultury. Z jednej strony zatłoczone ulice, pełne spieszących się wszędzie Chińczyków, z drugiej  parki, ogrody, pałace. Jakież było moje zdzwiwienie, gdy pierwsze co zobaczyłam po zjechaniu z niekończącej się, kilkupasmowej, zakorkowanej austrady to wielkie szare blokowiska. Całe skupiska gigantycznych blokowisk. I kolejne, wyrastające jak grzyby po deszczu, w różnym stadium budowy. Wszechobecne żurawie i wszystko takie same - szare, bure, kilkunastopiętrowe. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy to Osiedle Tysiąclecia w Katowicach. Chociaż to w sumie niesprawiedliwe, bo katowickie "kukurydze" nie dość, że są białe, to jeszcze otoczone są całkiem sporą ilością drzew. Bloki, które miałam przed sobą były po prostu szare-szare - wszystkie identyczne, wysokie, smutne, a drzew jak na lekarstwo. Żadnych placów zabaw dla dzieci ani osiedlowych sklepików. Był za to gigantyczny parking i uliczne stragany na kółkach. Przez cały pobyt w Chinach nie widziałam ani jednego wolnostojącego domku z ogródkiem. Pierwszy dzień w Pekinie przyniósł duże rozczarowanie.




Drugiego dnia wybrałam się do centrum Pekinu - na słynny Plac Niebiańskiego Spokoju Tiananmen. Pierwsza podróż metrem była pozytywnym zaskoczeniem. Jednorazowy przejazd w dowolne miejsce z nieograniczoną liczbą przesiadek kosztuje 2 yuany, czyli około złotówkę.


Metro jest rewelacyjnie oznakowane po chińsku i po angielsku, wszędzie wiszą mapki, a na stacjach są tablice pokazujące kierunek jazdy i nazwy kilku następnych stacji. Do tego ekran wyświetlający najbliższy przyjazd. Idealnie czyste podłogi. Żadnego kurzu. Co chwilę można spotkać kogoś biegającego z mopem, szczotką i szufelką. Schody ruchome najczęściej tylko w jednym kierunku. Przed przejściem przez bramki, wszystkie plecaki, torebki i siatki trzeba położyć na specjalnej taśmie. Trudno powiedzieć co dokładnie robi znajdujące się nad nią urządzenie. Na pewno ma wbudowany rentgen, ale obok znajduje się też informacja o wykrywaczu narkotyków i substancji wybuchowych.

 
Przy każdym takim urządzeniu stoi zawsze kilku policjantów. Wagoniki metra są klimatyzowane i jest w nich zasięg telefonii komórkowej 2G. Samo metro rozrasta się w imponującym tempie. To tak jakby w Londynie w ciągu 13 lat zbudować połowę aktualnej siatki połączeń. Jest szybkie, tanie i bardzo ciche w porównaniu z londyńskim. Na każdej stacji narysowane są linie wyznaczające miejsca, w których należy stać na peronie tak, aby umożliwić innym wyjście z wagonika. Niestety i tak każdy pcha się na każdego. Kiedy tylko drzwi wagonika zamkną się, od razu kilka osób przepycha się z głębi i ustawia tuż przy wyjściu - to oznacza, że będą wysiadać na następnej stacji.



W wagonikach zazwyczaj znajduje się kilka wyświetlaczy z reklamami lub propagandowymi scenkami rodzajowymi, "uczącymi" obywateli tego, jak należy zachowywać się w określonych sytuacjach. Ponieważ cała przestrzeń - na stacji, w wagoniku, w długich korytarzach metra, została już zagospodarowana, niektóre tunele wyłożone są dodatkowymi wyświetlaczami, na których można oglądać ruchome reklamy, poruszające się z tą samą prędkością co wagonik. Czasami są to nawet kilkusekundowe filmy z napisami! Wygląda to mniej więcej tak:


 Mój jedyny przystanek drugiego dnia to Plac Tiananmen. Wysiadam i uderza mnie fala ponad 30stopniowego upału. To zupełnie inne 30 stopni niż w Polsce czy nawet w Anglii. Na zakorkowanych dwukierunkowych pięciopasmowych ulicach, przy braku wiatru, 30 stopni to coś zupełnie innego. Jakby tego było mało, w Pekinie jest bardzo duże zanieczyszczenie środowiska. Pierwsze trzy dni bez przerwy kaszlałam, a moje oczy łzawiły. Budynki oddalone o kilkadziesiąt metrów wydawały się przytłumione, jakby oglądane przez gęsty dym papierosowy. Słyszałam, że w prognozie pogody dla Pekinu podawany jest stan zanieczyszczenia powietrza i jeśli jest odpowiednio wysoki, to nie powinno się wychodzić z domu. Niektórzy przezornie chodzą z maseczkami na twarzy, choć trudno obiektywnie ocenić na ile są skuteczne.


Byłam przekonana o tym, że naprawdę dobrze przygotowałam się do zwiedzenia centrum Pekinu. Przeczytałam przecież, że to trzeci co do wielkości plac na świecie. Wiedziałam też, że 800 metrów długości i 300 metrów szerokości (o ile o placu można mówić używając takich pojęć jak długość i szerokość). Ale czy naprawdę ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić plac, którego jeden bok ma 800 (słownie: osiemset) metrów?





Przestrzeń jest ogromna. Odległości w całym Pekinie są gigantyczne. Na mapie miasta wydaje się często, że coś jest blisko, tyle że skala jest po prostu zupełnie inna. Plac Niebiańskiego Spokoju jest tak ogromny, że aż trudno go sfotografować. Na jednym z jego końców znajduje się brama Zakazanego Miasta z wielkim portretem Mao Tse-tunga. Portret, jak i powiewające czerwone flagi, widoczne są na przeciwległym końcu placu.


Jest to najpilniej strzeżony plac na świecie. Wszystkie wejścia są gęsto obstawione policją, wykrywaczami metalu, rentgenami. Plecaki i torebki przeszukiwane są dodatkowo ręcznie, a wszelkie napoje konfiskowane. Co któraś osoba poddawana jest dodatkowej maualnej kontroli bezpieczeństwa. Tak skrupulatna kontrola dotyczy jednak głównie Chińczyków. Ani razu nikt nie zabrał mi napoczętej butelki z wodą, nie chciał abym otwierała plecak i mnie nie dotykał.


Policjanci bardzo rzadko pozwalają się fotografować, ale ten nie miał nic przeciwko i bardzo chętnie pozował do zdjęcia przed Mauzoleum Mao:


Następnie udałam się do pobliskich hutongów. Hutong to stara dzielnica miasta, w której dominują ciasno połączone niskie budynki i wąskie uliczki. Można w nich znaleźć dużo sklepów i restauracji, a także straganów ulicznych, ale warunki sanitarne pozostawiają wiele do życzenia.







Tu był zupełnie inny świat. Zatłoczony, głośny, pełen zapachów. Niestety z powodu niewielkiej odległości od Placu Tiananmen, jest to miejsce bardzo komercyjne. Nie kupimy tutaj niczego w okazyjnej cenie, a nawet znacząco przepłacimy. Jest tu Starbucks i lodziarnia Haagen Dazs, a także stara apteka, liczne herbaciarnie i sklepy z pamiątkami.




Pod koniec drugiego dnia wiedziałam już, że Pekin jest dużo większy niż to sobie wyobrażałam. A na dodatek rozwija się w zaskakującym tempie! Czuję respekt.


c.d.n

sobota, 8 czerwca 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: podróż

Ta wyprawa była szczególna z wielu powodów.

A zaczęła się zupełnie przez przypadek. Pewnego dnia na jednym z portali znalazłam informację o tanich lotach z Warszawy do Azji. Tyle fascynujących miejsc do zobaczenia - gdybym tylko miała więcej urlopu! I chociaż nie mam go wcale tak mało, to jakoś się rozszedł - na wakacje w październiku, święta w grudniu, narty w lutym i kilka pomniejszych wyjazdów... najnormalniej w świecie się po prostu skończył. Akurat wtedy, gdy był najbardziej potrzebny. To przecież Azja! Taka okazja nie zdarza się codziennie. Po długich konsultacjach, przeliczaniu urlopu, dni wolnych i weekendów na wszystkie możliwe sposoby, zdecydowałam: jadę. A reszta jakoś się ułoży. Miał to być mój pierwszy lot nie-tanimi liniami lotniczymi i pierwsza wizyta w kraju, w którym trudno porozumieć się po angielsku.

Kierunków było wiele, ale wybór bardzo prosty. To oczywiście ogromne uproszczenie, ale dla mnie Azja to zawsze były przede wszystkim chińskie smoki, Chiński Mur i Zakazane Miasto, a dopiero później cała reszta. Dlatego właśnie wybrałam Pekin.


Wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Godziny przygotowań, planowania, czytania, konsultacji. Przewodniki, książki o Chinach, poradniki, relacje z podróży, rozmówki, mapy. Mobilny Google Translate angielsko-chiński w trybie offline (aby się jakoś dogadać) oraz aplikacja do rysowania chińskich znaczków i tłumaczenia ich na angielski (tak na wszelki wypadek, aby nie zjeść nieświadomie czyjegoś psa). Pierwsza w paszporcie wiza, a w portfelu gruby plik czerwonych chińskich yuanów, z których groźnie spogląda równie czerwony Mao.

I w końcu nadszedł TEN dzień.





Lot do Dubaju był dość męczący - o ile obsługa na pokładzie samolotu była bez zarzutu, to jednak miejsca w klasie ekonomicznej w Airbusie A330-200 były mniej wygodne od miejsc awaryjnych w niskobudżetowym Wizzairze. Lotnisko w Dubaju okazało się być gigantycznym centrum handlowym. Na każdym kroku sklepy, sztuczne palmy, zegary Rolexa, wypasione fontanny i windy oraz wszechobecna ochrona.



Kolejny lot był dużo przyjemniejszy. Na pokładzie dużego Airbusa A380-800 oglądnęłam "Hobbita", naładowałam telefon i przespałam się w zdecydowanie wygodniejszym fotelu. Dopiero tutaj można było w pełni docenić cywilizowane linie lotnicze. Lotnisko w Pekinie nie zrobiło na mnie właściwie żadnego wrażenia. Na szczęście okazało się, że nie muszę wypełniać żadnych formularzy z deklaracją zawartości bagażu, nikt nie chciał również oglądać mojej walizki, a jedyne co trzeba było zrobić, to wypełnić kartę przylotu dla imigrantów. O tym jak wielki jest terminal, na którym lądowałam, przekonałam się dopiero w drodze powrotnej.

Po przylocie do Pekinu udało mi się o dziwo uniknąć tzw jet laga. 15 godzin lotu, nienaturalnie krótka noc, przesunięcie czasowe o 8 godzin i błąkanie się przez 6 godzin po lotnisku w Dubaju zrobiły swoje. Pierwszej nocy poszłam spać na tyle wcześnie, żeby bez problemu wstać następnego dnia rano i ruszyć na zwiedzanie.

niedziela, 12 maja 2013

20 miesięcy później

Tydzień temu minęło 20 miesięcy od kiedy kupiłam bilet do Londynu w jedną stronę. A ja cały czas mam wrażenie, jakby nie minął nawet rok. Obiecywałam sobie wtedy, że co weekend będę zwiedzać jakieś fajne miejsca w Anglii i na bieżąco wszystko dokumentować. To już prawie 2 lata, a ja dalej nie odwiedziłam Stonehenge i Nessie, nie postawiłam stopy na południku w Greenwich, ani nawet nie zwiedziłam Pałacu Buckingham. Co zatem robiłam przez ten cały czas, poza pracą, studiami i magisterką, której jeszcze nie złożyłam? Bo wpisów przez ten cały czas nie było oczywiście z lenistwa. Zawsze wszystko odkładam na później i czasem to "później" nigdy nie przychodzi.

Przez te 20 miesięcy przekonałam się ostatecznie, że zdecydowanie nie lubię deszczu i to w żadnej postaci: ani mżawki, ani ulewy, ani tym bardziej wielkich kropli padających poziomo z powodu silnego wiatru. Niestety pada tu przez większość czasu. W zasadzie można powiedzieć, że w Anglii są dwie główne pory roku - ciepła, zielona, deszczowa wiosna z krótkim, gorącym pseudo-latem, w trakcie którego pada nieco mniej, oraz szaro-bura, wietrzna jesień z krótką, suchą niby-zimą, podczas której spadnie kilka centymetrów śniegu. Aktualnie mamy deszczową, nieco chłodną, ale za to bardzo zieloną wiosnę - dni są coraz dłuższe, na moim balkonie zakwitły wszystkie kwiatki, a rano budzą mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca. To jest ta "lepsza" część roku.

Poznałam dużo nowych smaków. W Londynie z powodu różnorodności kultur można znaleźć kuchnię z całego świata. I tak, choć nie przepadam za pikantnymi potrawami, rozsmakowałam się w kuchni meksykańskiej, włoskiej, tureckiej, wietnamskiej i japońskiej. Co jakiś czas staram się odwiedzać nowe miejsca i próbować nowych rzeczy. Mam kilkanaście ulubionych miejsc, do których uwielbiam wracać. Moje kubki smakowe uzależniły się także od kawy w Starbucksie i różnistych mieszanek herbacianych.

Dużo czytam. Na początku były to darmowe gazety rozdawane w metrze, z czasem przerzuciłam się na Kindla, ale to dalej nie było to. Obecnie czytam wyłącznie papierowe książki. Może faktycznie są nieporęczne i ciężkie, a przewracanie kartek w zatłoczonym wagoniku jest trochę niewygodne, ale nie przeszkadza mi to. Przeczytałam kilka Pratchettów, wszystkie "Dzienniki z podróży" w wydaniu kieszonkowym Beaty Pawlikowskiej i kilka przewodników. Mimo tego, że dużo czytam, mam jednak niewielkie problemy z językiem polskim. Używam go co prawda na co dzień, ale jak trzeba napisać dłuższy tekst, to każde zdanie muszę czytać kilka razy zanim będzie brzmiało w miarę naturalnie. Miewam też problemy ze słownictwem, ale to wynika raczej z tego, że nie znam polskich odpowiedników niektórych słów, których znaczenie poznałam dopiero tutaj - zwłaszcza dotyczących mojej codziennej pracy. Zauważyłam też, że zmienił się sposób, w jaki rozmawiam z innymi ludźmi. Jest to szczególnie uderzające gdy przyjeżdżam do Polski i idę na zakupy, a wszyscy patrzą na mnie jakbym urwała się z choinki gdy się uśmiecham, mówię "proszę", "dziękuję", "dzień dobry" i "do widzenia", a na dodatek jeszcze o czymś zagadam.

20 miesięcy wystarczyło aby nachomikować taką ilość rzeczy, że jeśli będę wyprowadzać się z Anglii, to na pewno nie nadam wszystkiego na bagaż. Przylatując tutaj, spakowałam się w 4 wielkie walizki, a brakujące rzeczy dowoziłam stopniowo w 2-3 kolejnych. Trudno określić przez ile trzeba to przemnożyć aby oszacować stan aktualny. Można tutaj kupić tyle rzeczy kompletnie nieosiągalnych w Polsce lub dużo tańszych, że to wszystko przyrasta z miesiąca na miesiąc. Co prawda już nie tak szybko, jak na początku, gdy dopiero się tu urządzałam, ale wystarczy odpowiednio duża przecena w sklepach kilka razy w roku, aby pod moim biurkiem w pracy znowu zaczęły lądować gigantyczne paczki ze sklepów internetowych. Rozmiarówka w sklepach jest na tyle szeroka, że w te same ubrania może ubrać się zarówno anorektyczka, jak i stukilogramowe monstrum; wzory są prześliczne, materiały bardzo dobre, a ceny przystępne. Największym zakupem ostatnich kilku miesięcy, z którym zdecydowanie nie zamierzam się rozstawać, jest gitara akustyczna, na której brzdąkam od czasu do czasu.

Zwiedziłam też trochę świata. Rok temu w maju byłam na wakacjach na hiszpańskiej wyspie Lanzarotte, w październiku - na greckiej Krecie, a w lutym szalałam na nartach na Słowacji. Za tydzień wyruszam na wyprawę roku, ale o tym napiszę więcej po powrocie. Póki co mogę zdradzić tylko tyle, że to będzie moja pierwsza podróż nie-tanimi liniami lotniczymi i pierwsza wizyta w Azji. Z jednej strony już żałuję, że na tak krótko, bo to niewiele ponad tydzień, z drugiej strony to i tak cud, że udało się zmieścić 3 wyjazdy wakacyjne w jednym roku urlopowym. A aż tak wypasione promocje w liniach lotniczych nie zdarzają się często, więc po prostu nie mogłam sobie odpuścić. Postaram się napisać obszerną relację z podróży i uzupełnić notki z archiwalnych wakacji.

Tymczasem wracam do pakowania się na wielką wyprawę. Do napisania już niebawem!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Święta na Wyspach

Pierwsze oznaki zbliżających się świąt można zauważyć w Londynie dużo wcześniej niż w Polsce - już pod koniec września w sklepach nieśmiało zaczynają pokazywać się kartki świąteczne, drobne ozdoby i małe choinki. Tak jednak, jak w Polsce przygotowania do sezonu świątecznego poprzedza wyprzedaż zniczy, wieńców i kwiatów na Wszystkich Świętych, tak w Anglii w podobnym okresie dekoracje są nieco bardziej mroczne, lecz trochę na wesoło. Do końca października największym zainteresowaniem cieszy się bowiem Halloween. Choć nie jest to dzień wolny od pracy, najsłynniejsza handlowa ulica Londynu - Oxford Street - w godzinach popołudniowych wypełniona jest po brzegi przebierańcami i łowcami przecen. W tym okresie rewelacyjnie sprzedają się zarówno cukierki w pudełkach z napisem "trick or treat!", maski jak na bal przebierańców, mroczne kostiumy, akcesoria, których nie powstydziłby się niejeden rasowy zombie, jak i różnokształtne pomarańczowe dynie, sztuczne pajęczyny, czarne peleryny, miotły, spiczaste kapelusze, a nawet pączki z nietoperzami z czarnego lukru. Na początku listopada można załapać się jeszcze na tydzień ostatecznych przecen towarów, które nie sprzedały się do Halloween, po czym klimat zmienia się na bożonarodzeniowy.

Pierwsza zmienia się chyba Oxford Street. Remonty nabierają tempa, aby zdążyć ze wszystkim przed świętami i robotnicy zaczynają pracować na kilka zmian. Na początku grudnia została ponownie otwarta stacja metra Tottenham Court Road, dzięki czemu mogę bezpośrednio, bez przesiadek, wybrać się do raju zakupowego w mniej niż pół godziny. Wszędzie zaczynają pojawiać się choinki, na drzewach zawieszane są kolorowe lampki, a w sklepach można usłyszeć obowiązkowe "White Christmas". Kuszą pierwsze promocje świąteczne, a Oxford Street jest częściowo wyłączona z ruchu od początku grudnia. Bynajmniej nie sprawia to, że przemieszczanie się jest prostsze i szybsze - tłum jest po prostu równomiernie rozłożony na całej szerokości dwóch chodników i dwukierunkowej jednopasmowej ulicy. Przy mojej stacji metra wieczorami świecą się kolorowe lampki w kształcie litery "A" (od nazwy stacji: Archway). Przed budynkiem, w którym pracuję, na Broadgate Circle można pojeździć na łyżwach, a Krispy Kreme (czyli moje ulubione jeszczetrochowe pączki) wprowadziły specjalną serię świąteczną - pączki w kształcie choinek i polukrowane na bałwanki. I te
same zestawy słodyczy, co na Halloween, tylko tym razem zapakowane w kolorystyce bożonarodzeniowej. Naprawdę żałuję, że nie miałam czasu wpaść do Harrods'a żeby zobaczyć, jak tam wyglądają przygotowania świąteczne - mam nadzieję, że jakaś część tego wszystkiego zostanie jeszcze w styczniu, gdy wrócę do Anglii. Małą namiastką był jednak Selfridges - wielki dom towarowy, w którym można kupić dosłownie wszystko, sam dział ze słodyczami jest porównywalnej wielkości do średniego Tesco w Polsce, a od wejścia pachnie drogimi perfumami. Nie da się tego opisać - trzeba po prostu zobaczyć. Gigantyczna przestrzeń w głównym holu, wysokie sklepienia, monstrualne warkocze z choinek i łańcuchów zwieszające się po ścianach i błyszczące bombki wielkości arbuzów. Oczywiście nienagannie ubrana i kulturalna obsługa, ceny jak w Harrodsie i więcej gapiów niż klientów. I choć w tej krainie wiecznego deszczu można raczej zapomnieć o śniegu, przepiękne kolędy zastępuje oklepane "Jingle Bells" i "White Christmas", a ze względu na ogromne zróżnicowanie kulturowe Boże Narodzenie to przede wszystkim święto komercyjne, to jednak klimat świąt czuje się tam bardziej, niż w Polsce.

Wesołych Świąt !