poniedziałek, 26 grudnia 2011

Święta na Wyspach

Pierwsze oznaki zbliżających się świąt można zauważyć w Londynie dużo wcześniej niż w Polsce - już pod koniec września w sklepach nieśmiało zaczynają pokazywać się kartki świąteczne, drobne ozdoby i małe choinki. Tak jednak, jak w Polsce przygotowania do sezonu świątecznego poprzedza wyprzedaż zniczy, wieńców i kwiatów na Wszystkich Świętych, tak w Anglii w podobnym okresie dekoracje są nieco bardziej mroczne, lecz trochę na wesoło. Do końca października największym zainteresowaniem cieszy się bowiem Halloween. Choć nie jest to dzień wolny od pracy, najsłynniejsza handlowa ulica Londynu - Oxford Street - w godzinach popołudniowych wypełniona jest po brzegi przebierańcami i łowcami przecen. W tym okresie rewelacyjnie sprzedają się zarówno cukierki w pudełkach z napisem "trick or treat!", maski jak na bal przebierańców, mroczne kostiumy, akcesoria, których nie powstydziłby się niejeden rasowy zombie, jak i różnokształtne pomarańczowe dynie, sztuczne pajęczyny, czarne peleryny, miotły, spiczaste kapelusze, a nawet pączki z nietoperzami z czarnego lukru. Na początku listopada można załapać się jeszcze na tydzień ostatecznych przecen towarów, które nie sprzedały się do Halloween, po czym klimat zmienia się na bożonarodzeniowy.

Pierwsza zmienia się chyba Oxford Street. Remonty nabierają tempa, aby zdążyć ze wszystkim przed świętami i robotnicy zaczynają pracować na kilka zmian. Na początku grudnia została ponownie otwarta stacja metra Tottenham Court Road, dzięki czemu mogę bezpośrednio, bez przesiadek, wybrać się do raju zakupowego w mniej niż pół godziny. Wszędzie zaczynają pojawiać się choinki, na drzewach zawieszane są kolorowe lampki, a w sklepach można usłyszeć obowiązkowe "White Christmas". Kuszą pierwsze promocje świąteczne, a Oxford Street jest częściowo wyłączona z ruchu od początku grudnia. Bynajmniej nie sprawia to, że przemieszczanie się jest prostsze i szybsze - tłum jest po prostu równomiernie rozłożony na całej szerokości dwóch chodników i dwukierunkowej jednopasmowej ulicy. Przy mojej stacji metra wieczorami świecą się kolorowe lampki w kształcie litery "A" (od nazwy stacji: Archway). Przed budynkiem, w którym pracuję, na Broadgate Circle można pojeździć na łyżwach, a Crispy Creme (czyli moje ulubione jeszczetrochowe pączki) wprowadziły specjalną serię świąteczną - pączki w kształcie choinek i polukrowane na bałwanki. I te
same zestawy słodyczy, co na Halloween, tylko tym razem zapakowane w kolorystyce bożonarodzeniowej. Naprawdę żałuję, że nie miałam czasu wpaść do Harrods'a żeby zobaczyć, jak tam wyglądają przygotowania świąteczne - mam nadzieję, że jakaś część tego wszystkiego zostanie jeszcze w styczniu, gdy wrócę do Anglii. Małą namiastką był jednak Selfridges - wielki dom towarowy, w którym można kupić dosłownie wszystko, sam dział ze słodyczami jest porównywalnej wielkości do średniego Tesco w Polsce, a od wejścia pachnie drogimi perfumami. Nie da się tego opisać - trzeba po prostu zobaczyć. Gigantyczna przestrzeń w głównym holu, wysokie sklepienia, monstrualne warkocze z choinek i łańcuchów zwieszające się po ścianach i błyszczące bombki wielkości arbuzów. Oczywiście nienagannie ubrana i kulturalna obsługa, ceny jak w Harrodsie i więcej gapiów niż klientów. I choć w tej krainie wiecznego deszczu można raczej zapomnieć o śniegu, przepiękne kolędy zastępuje oklepane "Jingle Bells" i "White Christmas", a ze względu na ogromne zróżnicowanie kulturowe Boże Narodzenie to przede wszystkim święto komercyjne, to jednak klimat świąt czuje się tam bardziej, niż w Polsce.

Wesołych Świąt !

środa, 9 listopada 2011

Londyn na trochę dłużej

Przed wylotem obiecywałam regularne wpisy i że dużo się będzie działo. Średnio to niestety wyszło, bo pojawiło się nagle bardzo dużo obowiązków, a wolnego czasu jak na lekarstwo. Ale zacznijmy od początku:

odlot Katowice (KTW) godz. 06:00 przylot do Londyn Luton (LTN) godz. 07:25

Tym razem bilet w jedną stronę. Muszę przyznać, że o ile Wizzair, zaliczający się do tak zwanych tanich linii lotniczych nie jest już wcale taki tani jak kiedyś, o tyle umożliwia przewiezienie naprawdę sporych ilości bagażu w bezkonkurencyjnie niskiej cenie. Przez internet można wykupić 3 sztuki bagażu nadawanego, z czego każda walizka może ważyć do 32kg i na trasie do Londynu kosztuje 90zł od sztuki. Jakby komuś było mało, na lotnisku można wykupić kolejne 3 i przyjemność ta kosztuje 135zł od sztuki. Oczywiście nie zakładałam nawet, że uda mi się zmieścić w jedną czy dwie walizki. Miałam jednak nadzieję, że uda się we trzy, ale w końcu wyszły z tego cztery, a i tak wszystkiego nie udało się zabrać. Pakowanie, jak zwykle na ostatnią chwilę, trwało całą noc i bez snu dotarłam na lotnisko w środku nocy. Nawet nie wiem kiedy samolot wzniósł się nad chmury, odsłaniając czyste niebieskie niebo, bo cały lot, wyłączając jedynie start i lądowanie, przespałam jak niemowlak.

Mieszkam w północnym Londynie, na granicy 2. i 3. strefy. Okolica bardzo w porządku - niedaleko jest klub fitness z siłownią i basenem, kilka sklepów, pubów i przede wszystkim blisko do stacji metra i przystanków autobusowych. Do pracy dojeżdżam codziennie około 20 minut metrem - nieziemsko zatłoczoną Northern Line w kierunku centrum. Jest to dość specyficzna nitka, na której poza godzinami natężonego ruchu, można spotkać różne osobliwości.
Jedną z bardziej zatloczonych stacji, obok słynnej Kings Cross St Pancras (znanej między innymi z filmów o Harrym Potterze), jest bowiem Camden Town, które, jak już kiedyś pisałam, jest bardzo zróżnicowaną i kolorową dzielnicą. I tak na przykład w zeszłym roku do wagonika wsiadł wielki pluszowy miś i zajął całe siedzenie. Czasami już patrząc na współpasażerów można z całą pewnością stwierdzić, że mają coś wspólnego z Camden, bo jest w nich coś osobliwego. Jednak tak naprawdę każda stacja metra jest inna i nie ma dwóch takich samych stacji. Niektóre zdecydowanie wyróżniają się wzorami na podłogach, kafelkami, kolorami korytarzy czy ścian. Na jednych zawsze można posłuchać muzyki na żywo, na innych zamiast ruchomych schodów są windy. Poza tym każda nitka metra ma inne pociągi - różnią się między sobą kolorem rurek, siedzeniami (zarówno kolorystycznie, jak i pod względem rozmiaru i rozłożenia) i głosem zapowiadającym kolejne stacje (jednak chyba na wszystkich jest to głos kobiecy). We wszystkich wagonikach jednak jest duszno i gorąco, a po siedzeniach porozrzucane są gazety, które przyniosly ze sobą poranne sardynki, a następnie zostały aby mógł przeczytać je ktoś następny. I tak wszyscy w metrze czytają - książki, porozrzucane gazety, eBooki na Kindlach, iPadach, tabletach i telefonach komórkowych. Jeśli nie czytają to słuchają muzyki albo grają w jakieś gry na swoich elektronicznych zabawkach. W zdecydowanej większości milczący, zajęci sobą, anonimowi.

Rano rzadko kiedy udaje mi się wcisnąć w pierwszy pociąg, a i tak gdy w końcu uda się wsiąść, czuję się jak sardynka wciśnięta w wyjątkowo ciasną, gorącą i duszną puszkę. Powrót wcale nie jest lepszy, ale przynajmniej nic mnie nie goni i mogę poczekać na bardziej dogodny wagonik. Dużo czytam po drodze - głównie książki podróżnicze National Geographics Beaty Pawlikowskiej w wydaniu kieszonkowym, bo są tak małe, że mieszczą się do kieszeni płaszcza, a poza tym jedna taka książeczka wystarcza na około 3-4 podróże metrem. Niedawno gdy skończyły mi się "Blondynki", przerzuciłam się na Pratchetta, ale to nie jest dobra lektura na dojazdy do pracy - jest zdecydowanie zbyt długa i przeczytanie średniej grubości książki zajmuje około 2 tygodni. Czasami w metrze zdarza mi się zasnąć. Doszłam w tym do perfekcji - potrafię zasnąć niemal w każdej możliwej pozycji: na siedząco, stojąco, opierając się o ścianę, czy przytulając się do rurki.

Gdy przyleciałam do Londynu we wrześniu, kończyło się właśnie przepiękne, gorące lato. Potem przyszła jesień - z początku sucha, ciepła i wietrzna, obsypana żółtozielonymi skromnymi dywanami liści i ciepłobrązowymi kasztanami w jasnych, zielonych łupinkach. Aktualnie pogoda w Londynie jest dość depresyjna i choć nie pada tak dużo jak zimą, to wszystko jest bure, zimne i mokre. Mam to szczęście, że jak wychodzę do pracy, na lunch, czy wracam do domu, to akurat nie pada, ale w środku nocy budzi mnie ulewa bębniąca wielkimi kroplami o świetlik w dachu w moim mieszkaniu i o parapety. Rano wszystko tonie w deszczu, a czerwone autobusy smętnie mkną przez mokre ulice. Jedynie metro się nie zmienia - tu jak zawsze jest dziki upał i do pracy jedzie się na sardynkę.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Coś się kończy, coś się zaczyna

Dużo się działo w ostatnim czasie. Pod koniec czerwca wyprowadziłam się z Krakowa i wróciłam do Gliwic. Przy okazji zdałam sobie sprawę z tego, jak szybko minęły te 4 lata. Czas jednak strasznie szybko biegnie. Pamiętam jak szukałam mieszkania, a potem jak się wprowadzałam - zupełnie jakby to było wczoraj. Mam straszny sentyment do miejsc, do małych rzeczy, których niektórzy ludzie w ogóle nie zauważają, do widoku za oknem, do zapachów i dźwięków... Każde nowe miejsce brzmi inaczej, inaczej pachnie, inaczej wygląda. Trudno to wszystko ubrać w słowa. Kraków pachnie historią, moją ulubioną kawiarnią, zmokniętymi drzewami na Plantach po burzy, podmokłą trawą na Błoniach, iglakami za moim oknem. Jednym słowem dużą ilością małych rzeczy, które składają się w barwną, plastyczną, nieco magiczną całość. Londyn, dla porównania, pachnie zupełnie inaczej - nowością, dużym miastem, indyjskimi restauracjami i fastfoodami, wszechobecnym Starbucksem i deszczem w dużych ilościach. Ale w Londynie po deszczu nie pachnie mokrą trawą, tak jak w Krakowie - to jest zapach bardziej zbliżony do arbuza rozmlaskanego na betonie pod kołami czerwonych piętrowych autobusów.

To zabawne, ale najwięcej miejsc, z którymi czuję się w jakiś sposób związana emocjonalnie, odkryłam w pierwszym i ostatnim roku mieszkania w Krakowie - zupełnie jakby te lata "w środku" nie przyniosły niczego nowego. I tak mam w Krakowie moją ulubioną restauracjębar wegetariańskikawiarnię, czy klub fitness. Zresztą trudno nie mieć, gdy mieszka się w jakimś mieście przez dłuższy czas. W szczególności to ostatnie trochę szkoda, że odkryłam dopiero w drugiej połowie 4. roku - może nie zrobiłby się ze mnie wtedy taki pączuś w masełku gdyby nastąpiło to ze 2 lata wcześniej ;) Pewnie, że będę tęsknić. Już tęsknię. Ale zapewne będę tu też czasami wracać - może nie tak często jakbym chciała, ale do woli mogę to robić przynajmniej w miękkich, kolorowych realistycznych snach, jakie miewam od czasu do czasu :)

Sesję udało się zaliczyć (prawie) w terminie. Zaliczenia (poza jednym, nad którym pracuję) również. Te kilka miesięcy to był pracowity czas - miałam dodatkowe przedmioty z innej specjalności i o ile w trakcie semestru jeszcze jakoś udawało się wszystko pogodzić w czasie, o tyle gdy zaczęła się sesja i zdobywanie zaliczeń, nie było już tak różowo. Do tego jakby było mało (może po prostu tak niewinnie wyglądało) na początku semestru postanowiłam zaangażować się w Uniwersytet Ernst&Young. Wyszło z tego fajne przedsięwzięcie, rozwijająca praca, ciekawe warsztaty, no i miło było odwiedzić Warszawę, którą ostatni raz widziałam w klasie maturalnej. Ale uważam, że mimo zasuwania i roboty po łokcie, a także niestety zawalania części przedmiotów na studiach, było warto. Niewątpliwie bardzo pomocny w realizacji tych wszystkich przedsięwzięć jest indywidualny tok studiów, jaki w tym roku udało mi się otrzymać od mojej uczelni. Do tego doszły teraz trochę nowe, ciekawe perspektywy, więc ogólnie bardzo polecam zajęcia Uniwersytetu wszystkim studentom kierunków informatycznych i pokrewnych - dobra okazja do samorozwoju w trochę inną stronę niż to jest możliwe na studiach.

Tymczasem trwają intensywne przygotowania do września. Od kilku tygodni uczę się gotować, zbieram i przepisuję wszelkie domowe przepisy i dodaję do obserwowanych różne ciekawe blogi kulinarne. Co nieco już potrafię ugotować i upiec i nawet jako tako mi to  wychodzi, więc może zacznę trochę eksperymentować, jak już nabiorę pewnej wprawy. Ale raczej nie planuję przekształcać bloga w relację z kuchennych starć, choć mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę mieć trochę więcej czasu i tematów do pisania.

Tytuł dzisiejszego wpisu nie nawiązuje bynajmniej do słynnego zbioru opowiadań fantasy. Zabawne, ale z całego cyklu opowieści o Wiedźminie, którą notabene pochłonęłam w całości w gimnazjum, jest to jedyna pozycja, której do dziś nie przeczytałam. W okresie mojej wzmożonej fascynacji twórczością Andrzeja Sapkowskiego jakoś nie było jej w bibliotece, a później odeszła w zapomnienie. Trzeba to będzie nadrobić przy najbliższej okazji - najlepiej zaraz po przebrnięciu przez niemal kompletną kolekcję Pratchettów i książek podróżniczych autorstwa Beaty Pawlikowskiej.

piątek, 1 lipca 2011

Gdyby kózka nie skakała...

Ale skakała i wyszło tak jak wyszło. W tym roku nie pisałam o przygotowaniach do czerwcowego finałowego ceilidh, ponieważ w połowie maja skręciłam kostkę. Chociaż jest już początek lipca, niestety w dalszym ciągu nie byłabym w stanie zatańczyć szkockich highlandów, ani zatupać podstawowych kroków ze stepu irlandzkiego.

A wyglądało tak niewinnie. Podczas highlandów coś cichutko chrupnęło i przeturlałam się przez pół sali, ale ból nie był nie do zniesienia, kostka nie spuchła, ani nie zmieniła koloru. Wydawało się, że tylko wyskoczyła na chwilę ze stawu, po czym wróciła z powrotem, co zdarza się jej dość często. Nawet następnego dnia udało mi się pójść na uczelnię, choć schody były dość problematyczne, ale poza tym wszystko w porządku. Niestety zanim udało się dotrzeć do lekarza, kostka zdążyła dość znacznie spuchnąć, a efekt diagnozy można podziwiać na dołączonym zdjęciu. Przy okazji przegrałam zakład i wiszę znajomemu piwo - założyliśmy się o to, czy włożą mi nogę w szynę. Zawsze musi być ten pierwszy raz ;-) Po kilku dniach nauczyłam się już chodzić o kulach, a szynę zmieniłam na elastyczny usztywniacz. Do tego kupione w promocji biało-różowe szerokie trampki z szerokimi sznurówkami i już było o wiele wygodniej. Co prawda dziś jestem w stanie założyć już dowolne buty, a także chodzić na fitness, ale o tańcu mogę zapomnieć jeszcze przez najbliższych kilka tygodni. Planuję jednak do tego wrócić jesienią.

Tymczasem ceilidh się odbyło, jak co roku, w drugiej połowie czerwca. Poniżej prezentuję filmiki występów, w których miałam brać udział.

Grupa zaawansowana: układ irlandzki


Grupa zaawansowana: układ szkocki


Grupa podstawowa: step irlandzki


A na koniec zdjęcie z Małgorzatą "Rudą" Wilczyńską (wystylizowaną na rasowe zombie), która prowadziła w tym roku zajęcia grupy zaawansowanej:

środa, 20 kwietnia 2011

Wiosna ach to Ty :)

Po długim oczekiwaniu i wyjątkowo pięknej, białej, mroźnej zimie - dokładnie takiej, jaką smoki lubią najbardziej - nareszcie przyszła wiosna. W okamgnieniu zakwitły krzaki magnolii i drzewa owocowe, zazieleniły się trawniki, a drzewa niemal z dnia na dzień wypuściły pączki i pierwsze jasnozielone listki. Wygląda na to, że mimo dużego opóźnienia, nawet kasztanowce zdążą nadrobić zaległości do majówki i matury będą musiały jak co roku odbyć się planowo ;) Do pełni szczęścia brakuje chyba tylko owoców sezonowych, w tym obecnych już zazwyczaj pod koniec kwietnia polskich truskawek gruntowych. Niestety holenderska odmiana szklarniowa, która pojawiła się kilka tygodni temu w supermarketach, okazała się być jednorazową przygodą - z truskawkami wspólny mają jedynie zapach i wygląd, ale w smaku są zupełnie nijakie, wodniste i bardziej przypominają kwaśne jabłko, niż słodki, dojrzewający na słońcu owoc.

Z okazji zbliżających się wielkimi krokami świąt, na Rynku w Krakowie przez kilka dni można było odwiedzić Jarmark Wielkanocny. Wśród małych budek i większych straganów, pełnych kolorowych ozdób, produktów żywnościowych, kartek świątecznych i wszechobecnych palm wielkanocnych, każdy może znaleźć coś dla siebie. Jak zwykle można było wzbogacić swoją kolekcję monet o dodatkowe egzemplarze na stoisku promocji regionu, kupić różnego rodzaju sery, wędliny i chleby, nierzadko trudno dostępne na codzień w sklepach; wybić pamiątkową monetę, a także zjeść coś na miejscu lub stać się posiadaczem kolejnego wyjątkowo starannie wykończonego obiektu figurkopodobnego.

Tym razem moją uwagę przykuło stoisko z serami austriackimi z dwoma całkiem nieźle mówiącymi po polsku starszymi panami. Mnie osobiście zainteresował jedenastomiesięczny ser górski, który okazał się być tak pokaźnych rozmiarów, że abym mogła go skosztować, a następnie kupić, do jego pokrojenia potrzebne były dwie osoby. Ser okazał się bardzo smaczny, jednak wydziela tak silną, niezbyt apetyczną woń, że do lodówki trafił zawinięty w podwójną warstwę folii. Zaopatrzyłam się też na stoisku litewskim w chleb na powidłach śliwkowych (tym razem wybrałam wersję bez kminku) oraz piernik, posypany wiórkami orzechów ziemnych. Z daleka kusiła jeszcze budka z owocami w czekoladzie, ale oparłam się pokusie, choć jabłka zalane gorzką czekoladą i czerwonym lukrem wyglądały równie przepysznie jak banany w biało-brązowej polewie i nie ustępowały bynajmniej w niczym nadzianym na patyk truskawkom w mlecznoczekoladowej otoczce. Aż ślinka cieknie na samo wspomnienie, ale w końcu mamy wiosnę i zamiast dodać sobie kilka kilogramów, wolałabym trochę odjąć. Pracuję nad tym intensywnie, więc jestem dobrej myśli :)

Ostatnie tygodnie były naprawdę pracowite, a w szczególności ostatnie dni, ale nadchodzące święta nie zapowiadają bynajmniej odpoczynku. Co prawda w tym roku mam dłuższą przerwę, bo nie mam zajęć między Wielkanocą a majówką, ale też więcej rzeczy do zrobienia, nadrobienia i pozałatwiania.

Aktualnie jednak kusi mnie leżący na półce Pratchett - mam ochotę pożreć go w całości, w komplecie z okładką na deser, co uczynię już za chwilę z dziką radością.

środa, 23 marca 2011

Studia magisterskie: czas start

Od jakiegoś czasu mogę mówić o sobie, używając takich słów jak "absolwent", czy "inżynier" - jak to dumnie brzmi. Momentami aż kusi mnie aby wyrobić sobie jakieś stosowne pieczątki i wizytówki. Na ostatnich laboratoriach nawet jeden z prowadzących żartobliwie czytając listę obecności, dodawał każdemu przed nazwiskiem stosowny tytuł. Ale do rzeczy, czas zejść na ziemię, bo nadszedł kolejny semestr.

Kilka tygodni temu zaczęłam studia magisterskie z informatyki na wydziale EAIiE AGH. Po długich wahaniach zdecydowałam się ostatecznie na specjalność Systemy interaktywne i metody wizualizacji. Decyzja nie była prosta - kusiło mnie także Wytwarzanie i integracja systemów informatycznych, ale mam nadzieję, że nie będę żałować. Poza specjalnością, należało wybrać także 3 z 6 bloków obieralnych (każdy złożony z 2 przedmiotów - pierwszy w tym semestrze, drugi w następnym) oraz 2 z 4 przedmiotów obieralnych. Tu akurat wybór nie przysporzył mi trudności.

Muszę przyznać, że już od pierwszych dni jestem bardzo pozytywnie zaskoczona - nie ma praktycznie żadnych nudnych wykładów. To stwierdzenie może brzmi szokująco, choć z drugiej strony nie powinno, bo trudno, aby np. wykłady matematyczne były szczególnie pasjonujące - chyba, że ktoś czuje swoisty pociąg do równań różniczkowych, ale ja nie należę do grona tych osób. Do tej pory bywało to różnie na poszczególnych semestrach, ale jeszcze nigdy nie było tak, żeby każdy wykład był naprawdę ciekawie prowadzony. Do tego stopnia ciekawie prowadzony, że ja - śpioch naczelny - co poniedziałek jestem zła na siebie gdy znowu zaśpię na 8:00. Dotychczas godzina ta kwalifikowała się jako środek nocy, a zajęcia o tej porze były barbarzyństwem w czystej postaci. Odnoszę wrażenie, że niektórzy wykładowcy, którzy mieli z nami wcześniej zajęcia w ramach innych przedmiotów, po prostu dopiero teraz mają szansę w pełni się zrealizować i prowadzą coś, czego wykładanie sprawia im prawdziwą przyjemność, bo aż miło się słucha. Moim osobistym faworytem zostanie chyba jednak wykład z Administracji Systemów Komputerowych - naprawdę może trudno w to uwierzyć czytając tę nazwę, ale niektórzy nawet z wykładu o systemach plików potrafią zrobić swoiste show. Laboratoria też zapowiadają się całkiem ciekawie, choć od samego początku widać, że pracy będzie naprawdę dużo i jeszcze przyjdą dni, gdy będę narzekać, że jak zwykle się nie wyrabiam.

A skoro już o wyrabianiu się mowa - w tym semestrze mam silne postanowienie aby panować nad tym co mam do zrobienia, co nade mną wisi, a co może poczekać i nie jest aż tak pilne. Dotychczas było zbyt dużo cudownych zbiegów okoliczności, które ratowały mnie w ostatniej chwili przed kompletną katastrofą, a wszystko dlatego, że czegoś sobie nie zapisałam, o czymś zapomniałam, a sprawy super ważne wyleciały mi z głowy, aby przypomnieć się, gdy jest już za późno. Zmianie podejścia niewątpliwie służy fakt, że po raz pierwszy od kiedy zaczęłam studia, nie mam żadnych zaległych rzeczy z poprzednich semestrów - żadnych warunków ani przedłużonych projektów. Wdrażam się zatem w Getting Things Done i choć póki co moje zarządzanie czasem nie uległo jakiejś znacznej poprawie, to przynajmniej mam świadomość, że wszystko co mam do zrobienia jest zapisane w jednym miejscu. I od razu śpi się spokojniej.

wtorek, 15 lutego 2011

Magisterka inżynierka informatyczka czyli równouprawnieniu na siłę mówię dość

Ostatnio na blogu Google Polska przeczytałam, że Google Kraków organizuje Dzień Kobiet. Nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie użyte w poście słowo "inżynierka" odnoszące się do kobiet inżynierów. Według Słownika Języka Polskiego PWN, słowa "inżynierek" używa się lekceważąco mówiąc o inżynierze, a słowo "inżynierka" brzmi zupłenie jak jego żeńska forma. Sformułowanie z drugiej strony trochę bawi, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przez ostatni rok używałam go mając na myśli pracę inżynierską. Analogicznie, koledzy ze starszych lat swoje prace magisterskie nazywają magisterkami, ale nie chciałabym aby po ukończeniu studiów drugiego stopnia nazywano mnie "magisterką inżynierką informatyczką". Obiecuję, że w taki przypadku będę nieprzyjemnie warczeć, szczerząc złowieszczo kły.

Od jakiegoś czasu drażni mnie moda na wciskanie na siłę żeńskich końcówek wszędzie gdzie się tylko da. Dotychczas jednak odnosiło się to głównie do wykonywanych przez obie płcie zawodów i dało się jeszcze mimo uszu puścić "psycholożki" i "informatyczki". Trudno jest mi sobie jednak wyobrazić oficjalne tytuły: profesorka, doktorka, magisterka. Analogicznie chętnie pośmieję się z żeńskich form zawodów typu: nurek, chirurg, stolarz, piekarz, górnik. Przykłady można mnożyć na pęczki. Równouprawnienie jakieś jest, bo ciężko też wyobrazić sobie męskie formy zawodów typu kosmetyczka. Przedszkolanek się jakoś obronił jako odpowiednik przedszkolanki, ale i tak brzmi to zabawnie. Osobiście czekam z niecierpliwością na żeńskie formy moich odwiecznych faworytów - szambonurka, hydraulika i śmieciarza.