niedziela, 24 maja 2009

3dniowy hardcore

Myśl poranna: nie chce mi się wstawać, jeszcze pięć minut. Ale jakoś się udało.
Myśl popołudniowa: jednak dobrze, że nie pojechałam na Rajd. I że nie udało się zorganizować ogniska u Rafała. W połączeniu z zapieprzem w przyszłym (zaledwie 3dniowym) tygodniu, byłaby to już masakra do kwadratu i umarł w butach na miejscu.
Myśl sprzed chwili: jaki dzisiaj dzień tygodnia?

Poniedziałek zapowiada się średnio hardkorowo. Najpierw kolos z angielskiego (którego powiedzmy sobie szczerze nikt nie traktuje poważnie), ale wypadałoby to jakoś napisać, bo podobno ocena z tego kolosa ma być równocześnie oceną końcową i brzydko będzie potem wyglądać. Poza tą jedną oceną, zlewam lektorat równym sikiem. Notorycznie zasypiam na czwartkowe zajęcia (przesunięcie zajęć z 8:00 na 8:30 niewiele zmieniło, bo to i tak środek nocy), nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz na nich byłam (chyba przed Wielkanocą). Ale odrabiam nieobecności sukcesywnie, przepisując swoje archiwalne wypracowania z kursu FCE gdzieś z okresu liceum zgodnie ze wzorem: 1 wypko = 1 nieusprawiedliwiona nieobecność. Poza tym czasem się choruje, a można mieć 2 nieobecności ot tak wiszące. Póki co wypek pisałam sztuk pięć. Powinno starczyć, ewentualnie coś się dodziobie, jak inwencja twórcza lub copy-paste'owa dopisze. Większym hardkorem pierwszego dnia przyszłego tygodnia jest deadline w postaci północy - wypadałoby oddać program z Icona. Póki co działa w wersji super podstawowej, ale to już coś.

Wtorek ogólnie byłby w miarę okey. Nie trzeba wstawać rano na automaty, wypada tylko zwlec się z łóżka aby dotrzeć na południe po pierwszy wpisik do indeksu. Potem kolos z sysopów. Przedmiot ogólnie jest spoko, przydatny i w ogóle, ale tak beznadziejnie prowadzony, że aż żal dupę ściska. Nie dość, że co tydzień trzeba klepać te cholerne zestawy zadań (niektóre całkiem fajne i nawet nietrudne, ale niektóre kosmiczne), to jeszcze prowadzący laborki (zły wywiad środowiskowy przed zapisem do grup :D ) pyta najpierw z zadań, potem z literatury, a potem pyta dalej. Właściwie nie wiadomo czego dokładnie trzeba się nauczyć i po cholerę mi wiedzieć jaki funkcja może przyjmować dodatkowy opcjonalny parametr trzeci od lewej w wersji takiej a takiej. Nie widzę również sensu w nauce na pamięć pól jakiejś kretyńskiej struktury, której jak będę potrzebować, to zajrzę to manuala, bo w końcu od tego jest, i w dupie mam że wymienienie 6/11 pól to "mało". Dla mnie i tak za dużo jak na jednorazowe ZZZZ (bo do niczego więcej to nikomu nie jest potrzebne). Kolos jest w tym samym stylu. Dobrze, że Pober napisał drilla, bo bez niego ani rusz (taki system do wkuwania odpowiedzi do testu wielokrotnego wyboru, coś jak super memo do nauki angielskiego). Szkoda tylko, że źródeł nie udostępnił, bo program (niech mi nikt nie mówi, że Java jest przenośna) jest wybitnie linux-unfriendly, co na tym kierunku powinno być karalne :D.

Środa to ostatni dzień tygodnia. Trzeba wytężyć szare komórki i napisać jakoś porządnie kolosa z analizy, którego mam na warunku, bo w końcu ile można się z tym cackać. Do szczęścia brakuje mi niewiele ponad połowa punktów, to może sesja będzie mniej przerąbana. A wieczorkiem, dla rozluźnienia, jeśli wszystko wypali - półmetek vol 2. Staram się na to patrzeć dość optymistycznie i mieć nadzieję, że wypali, ale aż tak megawypaśnie jak na półmetku nie będzie - znajomi, z którymi ostatnio bawiło się genialnie, teraz coś marudzą, wykręcając się brakiem czasu; bilety jeszcze nie wydrukowane i akcja ogólnie trochę na ostatnią chwilę i z małym rozgłosem. Poczekamy, zobaczymy.

Po środzie następuje upragniony, jeszcze bardziej przesrany jeśli chodzi o ilość roboty, 4dniowy weekend. Oby do czwartku ;)

Na pocieszenie - truskawki. Nasze, polskie, moje pierwsze w tym roku.

A jutro test nowych rolek. Może nie będzie mnie trzeba zdrapywać łyżeczką z asfaltu ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz