niedziela, 7 czerwca 2009

Być jak wiewiór

Dzisiaj znów będzie informatycznie, sesyjnie i ogólnie (jak się ostatnio dowiedziałam) momentami niezrozumiale :D. Na początek mały demotywatorek, który właściwie oddaje mój stan w momencie gdy piszę te słowa:


Na potrzeby bloga pozwoliłam sobie go nieco zmodyfikować i wyciąć, oryginał jest dostępny tutaj: klik. Swoją drogą, chętnie zamieniłabym się z tą wiewiórą.

Little endian & DrawingArea - mission accomplished

Misja z poprzedniego tygodnia wykonana. Rozwiązał się problem z małymi indianinkami i było dokładnie tak, jak podejrzewałam. CHS po prostu nie obsługuje dysków większych niż te 504 MiB, a dysk, z którego trzeba było wypisać sektorki, głowice i cylindry miał coś koło 9 GiB, więc nic dziwnego, że siedziały tam bzdury. Kolos poszedł ładnie, więc teraz walka o 4.5, które połączone z minimum 4.5 w następnym semestrze zwolniłoby mnie z egzaminu. Krążą wieści, że prowadzący przedmiot odchodzi w krainę wiecznego narciastwa jeszcze przed egzaminem, a osoba, która go po nim przejmuje jest fanatycznym wyznawcą wyższości VHDLa nad resztą świata bardzo małych klocków. Niestety ma przejąć też technikę cyfrową, a wspomnień z wykładu o asemblerach (który prowadzi) nie mam zbyt optymistycznych pod względem jakości prowadzenia (co z kolei jest całkowitym przeciwieństwem aktualnie wykładającego ten przedmiot). Tak czy siak, zwolnienie to przyjemna rzecz.

Z DrawingArea też udało się wygrać i GUI do komiwojażera w gtkmmie jest w postaci mapki z miastami, po której rysowane są najkrótsze drogi. Coś pięknego. Przy okazji polubiłam się z tą biblioteką i chyba będę jej częściej używać, przynajmniej dopóki nie nauczę się lepiej Javy, ale to w wakacje. Aktualnie w gtkmmie klepię część projektu na SysOpy, konkretniej graficzną prezentację działania wirtualnej myszki w systemach Linux. Muszę przyznać, że choć moja współpraca z tutorialem i dokumentacją (zwłaszcza późną porą) pozostawia jeszcze wiele do życzenia, to jednak całkiem mi się podoba tworzenie takich GUIów. A w zasadzie zaczęło się od laborek z mownitu, które właściwie były bardziej laborkami z praktycznego zastosowania biblioteki GSL do symulacji komputerowych i wstępem do grafiki komputerowej. Muszę przyznać, że jeśli porównać mojego pierwszego GUIa, który był programem w Javie z funkcjonalnością ograniczającą się do wyświetlania kolejnych obrazków, będących wykresami w gnuplocie zapisanymi na dysk (ale żeby nie było, wszystko generował jeden wielki program i po napisaniu w konsoli magicznego "make" odbywała się kompilacja, wygenerowanie wykresów, zapisanie ich w odpowiednim miejscu i odpalenie programu w Javie) do choćby tego co piszę aktualnie na SysOpy, to progress jest jednak ogromny :D. Szkoda tylko, że umiejętność raczej mało przydatna w późniejszej pracy zawodowej. Choć z drugiej strony, jest to ciekawa forma prezentacji wyników.

Trzy niedziele, dwa piątki...

Jakiś czas temu, przy okazji egzaminu z mownitu, pisałam o tygodniu, w którym były trzy niedziele. Otóż mam deja vu, tym razem podobny problem dotyczy piątku. Pierwszy piątek z niezrozumiałych powodów miał miejsce w czwartek (może dlatego, że w piątek-piątek dwa wykłady, z czego jeden o 8 rano, nie zachęcają zbytnio do wstawania z łóżka choćby samą godziną, o której trzeba by otworzyć patrzałki i wyłączyć piejącego wściekle koguta, którego niezawodność w roli budzika rośnie wprost proporcjonalnie do wzrostu odległości między komórką a łóżkiem, a jego skuteczność jest szczególnie zauważalna gdy odległość ta jest zbyt duża, by wystarczyło zaledwie wyciągnąć łapę z ciepłego wyrka). W piątek pierwsza połowa dnia jawiła się jako piątek, natomiast druga (gdzieś od godziny 20.) jako sobota, tak więc druga połowa drugiego piątku zawinęła się niejako w czasoprzestrzeni aby wyskoczyć w sobotni "poranek" trwający aż do godziny 14. Aktualnie w sumie jest niedziela, ale formalnie zacznę tak traktować dzisiejszy dzień jak wstanę.

Zapowiada się mega tydzień. Poniedziałek (ktory jest piątkiem, bo odrabiamy Juwenalia, więc trzeci piątek się szykuje) automaty, a mój poziom wiedzy zerowy. We wtorek dzielnie walczymy o 4.5 i miałam oddać projekt z SysOpa, ale coś tego czasowo nie widzę. We środę egzamin. Potem trochę luzu, a od poniedziałku kolejno: we wtorek egzamin, na środę (chyba) referat na mownit (na szczęście pisany w parach, co nie zmienia faktu, że na noc przed oddaniem, gdy wydajność studenta rośnie wykładniczo i mniej więcej zachowana jest zależność: 1 noc = cały semestr, LaTeX potrafi być wyjątkowo złośliwy), na sobotę program, który wypadałoby napisać porządnie. Kolejny poniedziałek to kolejny egzamin, a koniec sesji to zaliczeniówka z mojego ukochanego przedmiotu, jakim jest analiza (o tym, jak bardzo się lubimy może świadczyć fakt, że uczę się tego już po raz drugi). No, i miejmy nadzieję, że na wrzesień zostanie tylko egzamin z analizy. Howk.

Tymczasem w przestrzeni odmiennej od TFT LCD...

Pogoda jest paskudna. Za oknem słychać było wybuchające smoki (no i drugi raz ominęłam smoczą noc - a w tym roku miało być tak pięknie) w akompaniamencie grzmotów i ulewnego deszczu. Leje codziennie od dwóch tygodni. A jak nie leje to wieje, zimno i paskudnie. Z jednej strony pogoda wymarzona na sesję, zwłaszcza w porównaniu do zeszłorocznych potwornych upałów w czerwcu, bo nic nie rozprasza i nie kusi, jednak z drugiej strony fajnie byłoby wyjść czasem na jakieś rolki na Błonia czy do Parku Jordana, a tu krótko mówiąc dupa.

A tak w ogóle to dzisiaj wybory. Udało się załatwić w Urzędzie Miasta papierek o prawie do głosowania, więc zamierzam go wykorzystać, po uprzednim wyspaniu się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz