poniedziałek, 20 lipca 2009

Prawo jazdy moje !!!

Termin egzaminu miałam na dzisiaj na 13:30 w Rybniku. Dobrze, przyznam się, to było moje 4. podejście. I w pełni udane :) Ośrodek nowy, bardzo ładny, nowoczesny - wreszcie jest jakaś porządna łazienka i można się oprzeć o ścianę, siadając na nieskrzypiącej ławce bez obaw, że przejdzie na nas jakiś syf. Niestety wadą ośrodka jest jego położenie na totalnym zadupiu. Autobus ponoć jakiś kursuje, ale żadnego nie widziałam przez te 2 godziny, które w sumie byłam w ośrodku i okolicach. Właściwie najbardziej dogodny dojazd jest.. własnym autem :D. Panienki w szeroko pojętym "Punkcie obsługi klienta" te same co w Gliwicach, ale poziom wredności ogólnej nieco spadł, bo dzisiaj było otwarcie, kamery, telewizja i w ogóle tak nie wypada zaczynać pracy w nowym ośrodku od opryskliwego zachowania. Swoją droga musiały mieć chyba negatywne wspomnienia z otwartych okienek w Gliwicach, bo tutaj rozmowa jest przez mikrofon przez grubą szklaną szybę :D. Z ciekawości przysłuchałam się na jakie terminy egzaminu praktycznego zapisywali - okolice 20. września.

Wywołali mnie i jakiegoś chłopaka z korytarza o 14. Nowość - wszyscy uśmiechnięci od ucha do ucha, egzaminatorzy opowiadają dowcipy. Z wrażenia opadła mi szczena, cud, miód i orzeszki. Wsiadamy do auta i poza opisem zadań egzaminacyjnych (chyba po raz pierwszy ktoś mi od poczatku do końca wszystko tłumaczył) usłyszałam: "tu są takie cztery kamery, to taki Wielki Brat, który ma czworo oczu. Nie będziemy się nim przejmować, ale on będzie na nas patrzył". Wszystko elegancko wyjaśnione, jasne, oczywiste. Bez pośpiechu.

Plac manewrowy - dwa łuki obok siebie, więc dobrze jest jechać łuk na wyczucie, a nie na słupki. Teren równy (nie tak jak w Gliwicach - lekko pod górkę). Teraz się losuje dwa zadania, które trzeba pokazać w samochodzie - miałam badanie poziomu oleju (ale silnik włączony, więc tylko pokazałam wskaźnik) i światła mijania. Facet nawet sam zamknął klapę, żeby było szybciej. Nie było sprawdzania sygnału dźwiękowego, więc rusza się łuczek bez ostrzeżenia. Na przygotowanie auta, siebie psychicznie i te 2 punkty kontrolne ma się 5 minut. Łuczek jeździło się bardzo przyjemnie, wzniesienie (choć z piskiem opon) też.

Miasto (no dobrze, pozostańmy przy tej nazwie) to totalne zadupie. Jeździłam po osiedlach z całą masą dróg równorzędnych, po strefach ograniczonej prędkości do 30 km/h (przed nami rozpościerał się widok jakiegoś wielkiego szerokiego białego komina), kilku rondach. Znaki STOP napakowane gdzie się tylko da. Przy wyjeździe z ośrodka są aż dwa. W ścisłym centrum (byłam tam na jazdach dodatkowych, na egzaminie nie) - miejscami trzeba uważać na dziwnie przebiegające pierwszeństwo i mało kulturalnych pieszych, którzy widząc elkę pakują się jej pod koła. Zawracanie miałam na rondzie (po prostu bajka). Parkowanie prostopadłe na jakimś osiedlu (też bajka, zwłaszcza że na tym parkingu nawet linii nie było, ale stanęłam ładnie, równo). W trakcie jazdy w pewnym momencie egzaminator kazał mi zjechać na pas przeznaczony do postoju do 5 min i włączyć się ponownie do ruchu. Byłam też na rybnickiej "ścianie płaczu" - bardziej stroma od gliwickiej, ale nie było tam w ogóle aut, więc w sumie bezproblemowo. Cały egzamin jechałam max 40km/h i było dobrze ;)

Weszły już nowe przepisy i teoretycznie jazdę można skończyć po 25 minutach jeśli się zrobi wszystkie punkty, moja jazda po mieście trwała jednak 41 minut :D. Nie narzekam, było bardzo przyjemnie.

Udany dzionek :)

1 komentarz: