wtorek, 8 września 2009

O małych lokalnych cudach

Kilka ładnych lat temu w wyniku krótkotrwałej, lecz bardzo cennej wówczas, znajomości z QuiQue powstało określenie "małego lokalnego cudu". Właściwie trudno zdefiniować ten termin w taki sposób, aby nie odebrać mu całego klimatu i mistycyzmu, jaki mu towarzyszy. Małe lokalne cuda to takie drobne, na pierwszy rzut oka nieistotne rzeczy, które dzieją się na codzień, i choć przez swoją małość często pozostają niezauważone przez innych, to mają w sobie niesamowicie pozytywną energię, którą się czuje całym sobą. Trudno opisać to dokładniej, zamknąć w jakiś konkretnych ramach i określić gdzie mały cud się zaczyna a gdzie kończy, bo jest to coś absolutnie niematerialnego. Czasem jest to dawno niewidziany szczery uśmiech na czyjejś twarzy, czasem jakieś drobne wydarzenie, które pociąga za sobą całą lawinę kolejnych zdarzeń, z pozoru niezwiązanych ze sobą, ale robiących dużo dobrego; czasem to tylko (albo aż) dobre słowo wypowiedziane w odpowiednim momencie przez odpowiednią osobę; a czasem spacer brzegiem morza w blasku zachodzącego słońca. Małe lokalne cuda dzieją się same z siebie, po prostu przychodzą samoistnie od czasu do czasu i żyją trochę własnym życiem. To trochę jak z tym trzepotem skrzydeł motyla, które wywołuje tornado na drugim końcu Ziemi. Wiem, brzmi to dość surrealistycznie. I dokładnie tak miało brzmieć.

Ostatnio w moim życiu wydarzyło się kilka ciepłych, pachnących radością, nowością, miękkich w dotyku, kolorowych, tańczących na wietrze małych lokalnych cudów, które przyszły znikąd, nagle, niespodziewanie i w dużych ilościach. Cieszy mnie to, bo dzieją się nadal i bardzo mi z tym dobrze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz