niedziela, 11 października 2009

Kraków w wydaniu magicznym

O tym, że początek października będzie magiczny, wiedziałam już we wrześniu i z niecierpliwością czekałam aż nadejdzie mijający właśnie weekend. Nie zawiodłam się. Nastroju nie popsuła nawet wyjątkowo parszywa pogoda, która jeszcze w czwartek przypominała końcówkę lata, aby w piątek zmienić się w deszczowo-mroźną końcówkę listopada.

To jednak z początku niesamowicie głupie uczucie spotkać się z kimś, kto jest tak bliski, kogo zna się tak długo, a jednak nigdy wcześniej się nie spotkało. Jakby na to nie patrzeć, to było wspaniałe 48 godzin. Nie pamiętam samej siebie tak radosnej, uśmiechniętej, idącej ulicą i śmiejącej się głośno całą sobą, nie przejmując się zbytnio tym co ludzie powiedzą i że patrzą na mnie jak na wariata. To jest taka radość, która zaraża, rozprzestrzenia się i kiełkuje powolutku w mijanych na ulicy anonimowych osobach, które widzi się pierwszy i bardzo możliwe że ostatni raz w życiu.

Kraków nocą jest jeszcze piękniejszy, bardziej magiczny i klimatyczny niż za dnia. Podczas tego weekendu zdarzyło się dużo małych rzeczy. Jak choćby wieczór w jednym z pubów na Grodzkiej, w którym jakaś dziewczyna, jakby rodem z epoki dzieci-kwiatów, śpiewała i grała na gitarze bez dwóch strun. A przypadkiem poznany Anglik okazał się być naprawdę równym gościem, choć z nieco dziwacznym akcentem. Pamiętam dwie lesbijki, spotkane w okolicach kina Kijów, które szukały ulicy Oleandry. Nie trzymały się za ręce, nie przytulały, nie mówiły do siebie żadnymi podtekstami, a jednak w oczach i spojrzeniu było widać ogromne uczucie, jakie je łączyło, niesamowitą bliskość i ciepło.

Dzisiejszego nieco odmiennego posta sponsorowały orzechy włoskie w płynnym miodzie pałaszowane prosto ze słoiczka palcami z braku wystarczająco małej łyżeczki; łagodnie sącząca się z głośników Enya oraz subtelny, zmysłowy męski zapach, uznany za jeden z najbardziej rozpoznawalnych na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz