sobota, 5 grudnia 2009

Czekając na zimę

Zrobił się grudzień, a ja prawie cały czas nie mam czasu, aby się wyspać, a co dopiero coś tu napisać. Tydzień temu wracałam do domu i uciekł mi pociąg. Z nudów przeszłam się Galerią Krakowską, pięknie przystrojoną na zbliżające się Boże Narodzenie. Jednak jakoś nie byłam w stanie poczuć atmosfery. Czegoś tym nadchodzącym świętom i pseudozimie brakuje. Chyba śniegu.

Uwielbiam śnieg. Potrafię godzinami patrzeć przez okno, gdy pada na ziemię wielkimi płatami, a światło lamp sodowych, odbijane przez każdy pojedynczy płatek sprawia, że niebo wydaje się pomarańczowe. Tęsknię za zimowym obliczem iglaków, których gałęzie pokryte są grubymi śniegowymi pierzynkami. Brakuje mi białych chodników, aut ślizgających się po nieodśnieżonych ulicach i drogowców, których zima niezmiennie co roku zaskakuje w okresie między grudniem a lutym. Kocham piszczący pod butami świeży, zwarty, niezmrożony jeszcze śnieg charakterystyczny dla temperatury w okolicach -5 st.

Pamiętam jeszcze jak przez mgłę czasy, gdy biegałam po szkolnym podwórku z kolegami i koleżankami z innych klas i rzucaliśmy w siebie śnieżkami, nacieraliśmy nawzajem śniegiem nasze zmarznięte czerwone, szczypiące na mrozie policzki. A potem wracało się do domu, wyglądając jak półtora nieszczęścia i słuchając, że będziemy chorzy, bo znowu bawiliśmy się bez szalika, bo wrócilśmy do domu bez czapki, bo została gdzieś w jednej z zasp śnieżnych, a w ogóle to czemu mamy jedną rękawiczkę swoją a drugą cudzą. I niestety prawie każdą taką wojnę śnieżkową przypłacałam co najmniej katarem, a w połowie przypadków zapaleniem oskrzeli, co nie zmienia faktu, że w pierwszy dzień w szkole po chorobie i tak szło się na podwórko i chociaż częściowo uczestniczyło w zabawie. Jak byłam mała, zima była jakaś porządniejsza, a nie taka jak teraz - na niby. Padało tyle śniegu, że na osiedlach tworzyły się gigantyczne zaspy śnieżne i długie korytarze, prawie jak w labiryncie, a nadchodzących ludzi poznawało się po szeleście ubrań i skrzypieniu śniegu pod butami.

Nie wymagam, aby zima trzymała twardo od początku grudnia do połowy marca. Chciałabym po prostu, aby w końcu przyszła i nie skończyła się po kilku dniach paskudną chlapą.

6 komentarzy:

  1. Z każdym rokiem coraz bardziej mamy do czynienia z jakąś taką polaryzacją pogody. Z jednej strony bardzo ciepłe, gorące wręcz lato, kiedy temperatury dochodzące do 40 stopni nikogo nie dziwią, i stanowią doskonałe tło dla proponentów teorii "globalnego ocieplenia". Z drugiej strony - późna, ale bardzo mroźna zima, z długo utrzymującymi się dwucyfrowymi temperaturami ujemnymi, kiedy chciałoby się raczej powiedzieć "niech ja dorwę tego, co nam wmawia globalne ocieplenie!". I fakt - klimatu dzieciństwa, z łagodną, ale śnieżną zimą jakby coraz mniej...

    Ech, ale dopiero co zaczęliśmy mieć dwójkę jako pierwszą z dwóch cyfr naszego wieku, a już narzekamy, jak to "za naszych czasów"... Wczoraj stwierdziłem to samo przy mojej mamie, i trochę się przeraziła, że ona w tym wieku nie miała jeszcze takich przemyśleń...

    Ech, chyba zgredziejemy, koleżanko... ;)

    Ale masz rację - nawet w tamtym roku pierwszy śnieg spadł jeszcze w drugiej połowie listopada... a konkretniej to w moim archiwum GG z datą 22.11.2008 znajduję Twoją wypowiedź, że "śnieg jest wypaśny" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm, śnieg istotnie jest wypaśny :), a i przypominając sobie lekcje, jeszcze z gimnazjum, prowadzone przez słynną chyba na pół dawnego województwa "piłę", panią prof. Hołubiczko, lekcje o klimatologii to chyba tylko gorzej będzie z tą polaryzację - jak tylko topniejące lodowce Arktyki zatrzymają grzejący w zimie i chłodzący nas opadami latem Golfstream, będziemy mieć klimat jak w Kolumbii Brytyjskiej... Tajga wzdłóż i wszerz.

    OdpowiedzUsuń
  3. @kFYatek - nie zgredziejemy, po prostu tęsknimy za tym, co było fajne i nagle zniknęło. A szkoda, że zniknęło.

    @Paweł - nie wiem co mieszkańcy Wysp mogą powiedzieć o wypaśności śniegu ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. W zeszłym roku w październiku napadało 50cm - i było wypaśnie,a jak raz było wypaśnie to i za drugim razem będzie, więc by virtue of mathematical induction, dowodzimy wypaśności :P.

    I tak w ogóle, to wzdłuż chciałem napisać, ale ręka mi się omsknęła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pusto tu trochę ;>

    OdpowiedzUsuń
  6. Pusto. I chyba blog się zamknie, bo jakoś ostatnio czasu nie ma na jego prowadzenie ani specjalnie o czym pisać.

    OdpowiedzUsuń