piątek, 22 stycznia 2010

Pierwszy lot samolotem

Po trzech miesiącach bezowocnego składania aplikacji na praktyki zagraniczne, które musimy odbyć na uczelni po 3. roku, wreszcie ktoś się odezwał. Najpierw jedno interview telefoniczne, poprzedzone testami ze znajomości C/C++, które niespecjalnie mi poszło, ale przynajmniej nauczyłam się jakich pytań należy się spodziewać. Poza tym to była moja pierwsza tego typu rozmowa w życiu, na dodatek przez telefon i po angielsku z człowiekiem, który mówił bardzo szybko i niewyraźnie, a słychać go było jak ze studni. I w poniedziałek, zupełnie znienacka, zadzwonili do mnie z Londynu z miejsca, w którym aplikację uzupełniłam byle jak i w ostatniej chwili, a o dodatkowych testach, które mi przesłali, prawie zapomniałam i rozwiązywałam je ostatecznie w środku nocy, na kilka godzin przed deadlinem. Zadzwonili zatem z pytaniem, czy mogę przylecieć za 2 dni do Londynu. W pierwszym momencie ogromna radość pomieszana z szokiem, potem lekka panika. Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem, nie byłam też na Wyspach, a na dodatek nie przeszłam ani jednego interview na żywo (przez telefon się nie liczy, to zupełnie inna bajka). Szkoda było jednocześnie odmówić. Poleciałam. Na miejscu miałam dużo szczęścia, bo w trakcie testów kwalifikacyjnych był alarm przeciwpożarowy i ewakuowano cały budynek. Oznacza to w praktyce więcej czasu na przygotowanie się do decydującej rozmowy.

Piszę te słowa siedząc na pokładzie samolotu do Polski. Jest 12:21 GMT. Mam miejsce przy dwóch malutkich okienkach na wysokości skrzydła i patrzę właśnie, jak promienie słońca odbijają się na zamarzniętym, pokrytym szronem skrzydle. To niesamowite, jak widać te chmury z góry, mając zawsze nad sobą czyste niebieskie niebo. Ten widok przypomina nieco krajobraz po bitwie poduszkowej, jaka miała miejsce na krakowskim rynku w kwietniu zeszłego roku. Jedyne porównanie jakie przychodzi mi w tej chwili do głowy, to właśnie taki poduszkowy puch w ogromnych ilościach, porozrzucany równomiernie po dużej powierzchni z nielicznymi błękitnymi prześwitami. Słoneczko grzeje mocno w pysio, nagrzewa włosy i lekko oślepia. Chyba polubię te samoloty ;) Najbardziej mi się podoba jak startuje, bo ogólnie to latanie jest trochę jak wyjątkowo spokojna kolejka górska.

Jest 12:42 GMT i lecimy nad morzem, a w powietrzu na czystym, niebieskim niebie widać białe, równe szlaki, które zostawiły po sobie inne samoloty. Pilot powiedział, że to ma być północna Polska, ale chyba trochę na to za wcześnie. Te chmury są naprawdę genialne. Wyglądają trochę jak stok narciarski, po którym właśnie przejechał ratrak, aby przygotować trasę zjazdową. I przelatują koło nas też inne samoloty - wydaje się, że lecą tak szybko, ciągnąc za sobą długie białe nitki spalin i właściwie tylko dzięki nim można powiedzieć, że się poruszamy do przodu, bo przez resztę czasu mam wrażenie, że stoimy w miejscu. A teraz widać kilka warstw chmur, a pod nimi od czasu do czasu da się zauważyć wijące się rzeki. Kawałek dalej wisi sobie w powietrzu kilka małych, pierzastych zagubionych chmurek. Ogólnie odbieram to jako bardzo relaksujące, spokojne, powolne bujanie z przepięknymi, malowniczymi widokami za oknem. I chyba się zakochałam w tym bajkowym krajobrazie. Szkoda tylko, że smok występuje dzisiaj w wersji ziewającej przeciętnie raz na minutę ;) Przed następnym lotem się wyśpię ;)

Podobał mi się Londyn. Szczególnie magiczna jest ta dysproporcja między ogromnymi, przeszklonymi budynkami w centrum, nowoczesnym (przynajmniej jak dla mnie) metrem, angielskimi pociągami a tym jak wyglądają niektóre stacje metra (szczególnie Archway), które przypominają bardziej szyby górnicze z niedbale podwieszonym oświetleniem i kablami pociągniętymi byle jak, byle w linii prostej. Jak będę następnym razem w Londynie, to koniecznie chcę się przejechać czerwonymi piętrowymi autobusami i zwiedzić kilka miejsc, zaczynając od tych najbardziej rozpoznawalnych, które widziałam dotychczas tylko na filmach, pocztówkach, w książkach i gazetach. Trochę szkoda, że nie zrobiłam żadnych zdjęć, ale też nie bardzo była ku temu okazja.

Siedzę w samolocie z Anglikami, którzy lecą na weekend do Krakowa. Są przekonani, że Kraków jest stolicą Polski, a ubrani są tak, że byłoby mi w tym zimno w Londynie, a co dopiero w Polsce, w której pada śnieg i jest -10st.



//edited: Zadzwonili dzisiaj, że testy przeszłam pomyślnie, i że zapraszają ponownie w lutym.

2 komentarze:

  1. OSZUTOWIEC!!!

    Posty ze wsteczną datą wstawia!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak wyszło ;) To po to, aby wszystko trzymało się jakoś kupy :D

    OdpowiedzUsuń