środa, 19 maja 2010

Praca w Królestwie Brytów

Zanim zaczęłam szukać ofert pracy na Wyspach wydawało mi się, że samo znalezienie miejsca pracy to największy problem. Wszyscy co prawda mówili, że to najmniejszy problem, ale jakoś wtedy to nie bardzo docierało. No jak to, te miesiące poświęcone na szukanie ofert, wypełnianie aplikacji, rozwiązywanie testów i rozmowy kwalifikacyjne to nie jest problem? Muszę jednak przyznać, że sporo w tym racji.

O praktykach zaczęłam myśleć w wakacje. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że szukać ich będę tylko i wyłącznie w Polsce, bo przecież tak najłatwiej. O tym, że łatwiej jednak było mi znaleźć pracę za granicą, niż w Polsce przekonałam się niedawno, patrząc jak rekrutują się znajomi z roku. Około sierpnia zaświtała w głowie myśl, żeby może szukać jednak poza Polską. Na początku grudnia skończyłam pisać CV. Nie miałam pojęcia, że to może zająć tyle czasu i wymagać tak wielu iteracji, zanim z tekstu spisanego byle jak po polsku powstanie w miarę przyzwoity angielski twór LaTeXowy. Najbardziej czasochłonne okazało się tłumaczenie "inżyniera" z powodu braku brytyjskiego odpowiednika  - BSc to licencjat, BEnga nie można sobie wpisać, to może BSc Hons, ale czy to z kolei nie będzie za bardzo na wyrost? Dużo czasu zajęło też szukanie osób do referencji, więc bardzo serdecznie dziękuję tym osobom, które zdecydowały się ich udzielić. Najwięcej czasu jednak zajęło składanie wszystkiego do kupy, tłumaczenie na angielski w taki sposób, aby było to poprawne językowo, techniczne, zwięzłe a jednocześnie łatwe w odbiorze i aby jego strona wizualna była bez zarzutu. List motywacyjny, pisany podobnie jak CV wspólnymi siłami, udało się skończyć na początku stycznia. Aplikacje (w sumie około 50, a w każdej formularze, ankiety i pytania otwarte) składałam od listopada do lutego. Kiedy w końcu się udało, byłam przez moment chyba najszczęśliwszą osobą na świecie.

Chciałam serdecznie podziękować Sebastianowi i Pawłowi, bez których to wszystko by się nie udało, oraz Radkowi, dzięki któremu dość dobrze wiedziałam czego się spodziewać na rozmowie kwalifikacyjnej i jak się do tego odpowiednio przygotować. Równocześnie dementuję pogłoski, jakoby zależało mi tylko i wyłącznie na tym, żeby to był Londyn, a czy to będą truskawki czy praca w IT to już wszystko jedno. Tak, zależało mi na tym, aby był to Londyn z bardzo oczywistych powodów, ale na Irlandię, Walię, czy Szkocję też bym nie marudziła, a składałam też podania w inne części świata. Przez pewien czas na liście była nawet Nowa Zelandia, jako alternatywne miejsce stażu w UBSie.

No dobrze, dostałam się na staż. Fajnie, złapałam szczęście za ogon i co dalej? Formalności i wydatki. Cała armia formalności. Wydatki na szczęście zwrócą się w okolicach połowy stażu. Ale może po kolei

Offer of an internship & Background Screening
To nie tylko podpisanie gotowego dokumentu, będącego na dodatek jedynie "ofertą pracy", a nie "umową o pracę". To również wypełnienie formularza, tzw Background Screening, w którym należy się dosłownie wyspowiadać z ostatnich 5 lat swojego życia: miejsc mieszkania, edukacji, pracy, finansów, kwestii prawnych. Do wszystkiego jeszcze w komplecie osoby do referencji. Niby nic, a zajmuje dużo czasu. Na końcu podpisuje się formularz, w którym wyraża się zgodę na to, by prywatna agencja detektywistyczna sprawdziła czy wszystko to co napisaliśmy jest zgodne z prawdą. Z oferty pracy dowiaduję się za to, że podczas 10tygodniowego stażu będę mieć 5 dni wolnego. Fajnie :) Całość wysyłam przesyłką kurierską (nie miałabym odwagi wysyłać tego zwykłą pocztą, zwłaszcza że pracodawca prosił, by było to wysłane kurierem), co kosztuje mnie 100zł. Pierwszy wydatek.

Pre-Employment Health Questionnaire
Ankieta zdrowotna, na szczęście do uzupełnienia online. Nie ma się czego bać, ale znowu zajmuje czas. Najbardziej czasochłonne jest znajdowanie chorób w słowniku, bo automatyczne tłumaczenie strony translatorem Googla niestety zawodzi. Tym razem trzeba się wyspowiadać ze wszystkich chorób, które miało się okazję przebyć, podać ilość przechorowanych dni w ciągu ostatniego roku i dwóch lat oraz napisać ile się pali, ile pije tygodniowo z wyszczególnieniem poszczególnych rodzajów alkoholu (zamknięty test wyboru). Do kompletu brakuje mi jeszcze tylko pytania o numer buta.

Konto bankowe
O tym pisałam już w poprzednim poście. Koszty, jakie ponoszę poza rozmowami telefonicznymi to bilety lotnicze. Ostatecznie ten punkt można by sobie odpuścić, licząc się jednak z tym, że pierwszą wypłatę dostanie się z pewnym opóźnieniem. Jako że i tak lecę na weekend do Londynu, to załatwiam sprawę przy okazji.

National Insurance Number
Czyli numer ubezpieczenia społecznego. Taki numerek trzeba sobie załatwić, aby móc pracować. Odpowiednik polskiego NIPu i PESELu. Anglicy mają prościej, bo dostają go automatycznie po skończeniu 16. roku życia. To dopiero przede mną, bo będę to załatwiać w pierwszych dniach pracy i UBS w tym pomaga, więc powinno być ok.

Home Office
Tutaj trzeba się zarejestrować jeśli będzie pracowało się dłużej niż miesiąc. Jako że znów tę procedurę upraszcza UBS, więc zapewne ominie mnie konieczność przedstawiania umowy o pracę lub listu od pracodawcy, a także dowodu na to, że wynagrodzenie, które będę otrzymywać jest wynagrodzeniem co najmniej minimalnym. Na dzień dobry zabiorą mi paszport lub dowód osobisty i będą się nad nim pastwić około 2-3 tygodnie. Później odeślą go pocztą. Zwykłą pocztą, w najzwyklejszej kopercie, nawet nie poleconym. Ciekawe ile z tych przesyłek nigdy nie dotarła do adresata. Trzeba też zapłacić 90 funtów. Na szczęście opłata jest jednorazowa i płaci się ją tylko raz w życiu. W tym momencie zżera mnie dzika ciekawość czy ludzie jadący na truskawki też muszą przez to wszystko przechodzić. Nie sądzę.

Mieszkanie
No bo przecież trzeba gdzieś mieszkać. O wynajmie mieszkania na okres 10 tygodni można zapomnieć. Tak zwany "short let" to zazwyczaj wynajem na okres minimum 3-6 miesięcy. Można oczywiście szukać pokoju i choć też niełatwo coś znaleźć, to już o wiele prościej. Zdecydowanie najłatwiej dostać akademik i jest on chyba najtańszą opcją. Po przeszukaniu wszystkich londyńskich akademików udało mi się znaleźć dwa w miarę rozsądnych cenach, w których były jeszcze miejsca, a czas dojazdu do pracy był w granicach do 40 minut. Za jednoosobowy pokój (nie ma innych) o powierzchni około 7m2 będę płacić 140 funtów tygodniowo. W pokoju jest łóżko, biurko, krzesło, szafa, mała lodówka i umywalka z lustrem. Łazienki, pralnia, suszarnia, wyposażona kuchnia do współdzielenia z innymi mieszkańcami na korytarzu. W cenie mam niemieckie śniadanie kontynentalne (cokolwiek to ma być), więc liczę na to, że oszczędzę trochę na jedzeniu, co będzie miało znaczenie głównie do pierwszej wypłaty. Czas dojazdu do pracy od momentu wyjścia z akademika to około 25 minut autobusem. Da się przeżyć. Kolejny wydatek to zaliczka na akademik w postaci 140 funtów, które z racji ostatnich wahań walut zjadają mi z konta 682zł.

Bagaż
Biletami lotniczymi na szczęście nie muszę się martwić. Gorzej z bagażem. Może jeszcze facet byłby w stanie spakować się w 20kg na 10 tygodni, ale mi to zdecydowanie nie wychodzi. Należy podkreślić, że 20kg nie oznacza bynajmniej, że tyle fizycznie można ze sobą zabrać, bo jednak walizka też swoje waży. Mam nadzieję, że do tego czasu islandzkie wulkany przestaną produkować chmury pyłowe, bo nie uśmiecha mi się ponad 24godzinna jazda autobusem, ani tym bardziej 19godzinna przeprawa pociągiem z Warszawy z przesiadką w Brukseli (na którą notabene nietrudno się spóźnić). Bagaż będę wysyłać przesyłką kurierską. Są firmy, które za 1kg biorą 1 funta, więc wysłanie drugiej walizki nie wygląda już tak strasznie. Czas dostawy zazwyczaj 2-5 dni w systemie door-to-door.

Dress code
Taki wynalazek cywilizacji w świecie bankowości (i nie tylko). I choć tam, gdzie będę pracować, dopuszczono o dziwo pastelowe kolory zarówno garsonek, jak i bluzek, to wcale niełatwo znaleźć coś w odpowiednim kroju, rozmiarze, kolorze, fasonie i z dobrego materiału, nie zostawiając przy tym fortuny w sklepie. To przynajmniej jest ta "przyjemna" część formalności ;)

To chyba na tyle, jeśli chodzi o rzeczy, z jakimi ostatnio przyszło mi się zmierzyć. Są oczywiście jeszcze jakieś teoretycznie nieobowiązkowe szkolenia z zakresu bankowości inwestycyjnej, ale to już część szkolenia i pracy, jaką będę wykonywać.

A tymczasem, patrząc w kalendarz, zdaję sobie sprawę z tego, że przecież to już za miesiąc, niektóre projekty są w lesie, jeszcze gdzieś musi się zmieścić sesja a ja nie zaczęłam się nawet uczyć. Najwyraźniej odpocznę sobie dopiero we wrześniu ;)

3 komentarze:

  1. Nie przesadzaj, obcokrajowcy chcacy pracowac w Polsce musza przez znacznie wiecej rzeczy przeskoczyc (jak chocby meldunek, czy nadanie PESELu lub NIPu)...

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzisz, trzeba się było wcześniej po porady zgłosić :P Moje doświadczenie z bankami było takie, że nic tak nie otwiera drzwi jak pisemka od pracodawców, np potwierdzające adres zamieszkania. W kwestii mieszkań to się chyba trzeba przestawić- bardzo dużo ludzi do uzyskania 'niezależności finansowej', która następuje bardzo szybko bo w niektórych przypadkach nawet przed 30tką ;), wynajmują pokoje. Na Gumtree można znaleźć mnóstwo ofert krótkoterminowych albo długoterminowych z okresem wypowiedzenia 2-4 tygodnie.
    I jeszcze takie ostrzeżenie o back ground screeningu, owi prywatni detektywi będą prawdopodobnie chcieli potwierdzić wszystkie dane zamieszczone w kwestionariuszu; i teraz zgadnij kogo będą o to męczyć...

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, już nawet zaczęli, właśnie od potwierdzenia adresu. I bardzo nie podoba im się fakt, że jestem zameldowana w Gliwicach razem z moimi rodzicami i nie mam żadnych rachunków na moje nazwisko, które mogłyby to potwierdzić. Na szczęście jakby co, pozostaje potwierdzenie z Urzędu Miasta.

    Zatrudnia mnie bank, więc dzięki jego współpracy z innym bankiem przynajmniej samo założenie konta udało się załatwić w miarę bezboleśnie. Ale jeśli ktoś oprócz listu od pracodawcy (hmm ja tam w sumie jeszcze nie pracuję, dopiero będę) chce potwierdzenie adresu to już niewiele można zrobić.

    OdpowiedzUsuń