środa, 12 maja 2010

Wiosennie deszczowo

Dawno tu nie zaglądałam. Weszłam właściwie dzisiaj tylko po to, aby zamknąć bloga, którego i tak nie miałam czasu od dawna aktualizować. Dam mu jeszcze jedną szansę i dodam kilka archiwalnych postów, zapisanych gdzieś na dysku ;) Przy okazji witam serdecznie nowego obserwatora.

Dużo się zmieniło od ostatniego wpisu. Zima w tym roku była niesamowicie malownicza, mroźna i śnieżna. Dokładnie taka, jaką smoki lubią najbardziej (no, może pomijając temperaturę -20, w której wegetuje się nienajlepiej). Miło było wracać z uczelni do domu po zmroku, patrząc co dzień na małe, srebrzyste drobinki mieniące się przepięknie w świetle latarni. Szkoda tylko, że zabrakło białego szaleństwa na nartach, tarzania się po białym, świeżym puchu i wzajemnego obrzucania się śnieżkami. Ale może po kolei.

Dwa tygodnie lutego spędziłam w Londynie. Trochę pozwiedzałam, ale niewiele, bo leciałam tam z niezamkniętą sesją (no po prostu tak uwielbiam sieci komputerowe, że nie mogliśmy się ze sobą rozstać przez wszystkie 3 terminy) i przygotowywałam się do rozmowy. Wszystko poszło pomyślnie i choć zimowa angielska pogoda (czytaj: leje cały czas) przyprawia o lekko depresyjny nastrój, dostałam się szczęśliwie na praktyki :) Po powrocie do Polski zima się skończyła. Niestety nie skorzystałam z okazji wyjazdu na narty, bo po pierwsze praktyki, po drugie kontuzja kolana, której nabawiłam się na tańcu irlandzkim. W tym roku odpuściłam, ale za rok jadę na pewno.

Udało mi się już zaklepać akademik na czas mojego pobytu w Londynie, poczynić pewne kroki w celu założenia konta bankowego (to wcale nie takie proste) i mam już kupione bilety lotnicze (na szczęście to ostatnie mi finansują). W Królestwie Brytów będę zatem w terminie 18.06-04.09. Rzut oka na kalendarz roku akademickiego i widać, że sesja będzie musiała być przyspieszona. Na szczęście nie tylko ja mam ten problem, więc jakoś to na pewno będzie. A póki co praca, praca, praca... Bo to przecież już za niecałe 6 tygodni !

Bujam się na fotelu przy biurku, rytmicznie w przód i w tył patrząc przez okno na ciemne chmury biegnące szybko i bezgłośnie po brunatno niebieskim niebie oraz na małe, nieliczne, zbłąkane szare obłoczki. Potem odchodzę, idę do kuchni po gorącą czarną herbatę z imbirem i pomarańczą, znów wracam. Siedzę na łóżku, z kolanami przytulonymi do klatki piersiowej, zawinięta w świeżą, pachnącą, miękką w dotyku cicho szeleszczącą pościel i wpatruję się w pierwsze wielkie krople wiosennego deszczu, które stukają o parapet, roztrzaskując się na miliony kropelek, które spływają gładko w dół, tworząc kałużę kilka metrów niżej przy krawędzi trawnika. Cichutkie, prawie niesłyszalne kap-kap, stuk-stuk.

Na koniec co nieco w nurcie New Age, tym razem niemieckiego muzyka Urlicha Schulza, znanego jako Oliver Shanti. Muzyka bynajmniej nie brzmi europejsko ;)

2 komentarze:

  1. Nuuuu.... to teraz więcej notek oczekujemy ;>

    OdpowiedzUsuń
  2. Na pewno będzie więcej notek z Londynu ;) W template'ach powinna być jeszcze jakaś zaległa ze stycznia, która jakoś nigdy nie doczekała się publikacji. Zobaczymy co da się zrobić.

    OdpowiedzUsuń