środa, 30 czerwca 2010

Krwawe początki

Przed wylotem zobowiązałam się do regularnych relacji z życia i pracy w Królestwie Brytów, tym samym zamieszczam zatem pierwszego posta.

Dzień pierwszy
Początki były trudne. Pierwszego dnia zaczęłam o 8:30 serią spotkań powitalnych i wykładów wprowadzających bardzo ogólnie do tego, czym się będziemy zajmować przez najbliższy czas. Oczywiście nikt się nie wyspał, było strasznie gorąco i siedzieliśmy w ponad 200 osób na sali bez okien, z kiepsko działającą klimatyzacją. Najpierw nam słodzili - jacy to jesteśmy świetni, że się tutaj dostaliśmy, jaka ogromna szansa przed nami stoi. Swoją drogą, jest tutaj całkiem fajna ekipa Polaków z infomatyki z MIMUWu. Potem uprzedzili, sprowadzając na ziemię, że godziny pracy w umowie, określone jako 9-17 bynajmniej nie oznaczają, że nie będziemy zostawać dłużej (zostało wręcz powiedziane, że oczekują od nas zaangażowania, polegającego między innymi na zostawaniu w pracy w nadgodzinach gdy jest to wskazane). Uświadomiono nam też, że patrzą cały czas na naszą pracę i oceniają nas pod różnymi aspektami. Trzeba tutaj dodać, że słowo "nieobowiązkowe" w praktyce oznacza "bardzo zalecane", co odnosi się zwłaszcza do tzw "community affairs", które zajmują czasem całe popołudnie. Pierwszego dnia dostało nam się od razu, że ziewamy i śpimy na wykładzie. Sprawa była bardziej skomplikowana. Po pierwsze wykład był śmiertelnie nudny - przez pierwszą połowę prowadzący wlókł się nieziemsko wolno przez slajdy, wpadając z anegdotki w anegdotkę, a te co ciekawsze urywał w połowie, tłumacząc się brakiem czasu. Druga połowa wykładu, gdy zorientował się, że przerobił 1/5 slajdów, polegała na przewijaniu prezentacji w tempie ekspresowym i czytaniu wyrwanych z kontekstu zdań. Na dodatek na sali było gorąco i duszno, wykład trwał 3 godziny i był ostatnim z serii wykładów, które z małymi przerwami odbywały się od 9:30 rano.
Dostaliśmy karty, dzięki którym możemy wchodzić do budynku, masę makulatury, terminarz na następne kilka dni i naklejkę z imieniem, nazwiskiem i działem, w którym pracujemy. Ponadto długopis, coś co wygląda jak przenośny mikrofon i plecak (notabene bardzo wygodny). Lunche są okropne, choć ten pierwszy na tle kolejnych, był jeszcze w miarę znośny. Na lunch są oczywiście kanapki zrobione z białego chleba tostowego lub czegoś co przypomina nieco pitę. Jeśli chodzi o ich zawartość, to czasami trudno stwierdzić co właściwie mają w środku. Najbezpieczniejsze były kanapki z białym serem, ogórkiem i rzodkiewką; najbardziej ryzykowne z owocami morza lub/i mieszanką zawierającą żółty ser, majonez oraz bliżej niezidentyfikowaną zieleninę i inne dziwne składniki. Do picia kawa, herbata, wściekle słodkie soki z ogromną zawartością cukru, woda i coca-cola. Po wyjściu z pracy o 17 nawet nie miałam ochoty na obiad. Do domu wróciłam bez dowodu (musiałam go oddać razem z oświadczeniem, że mam prawo podjąć pracę na terenie Wielkiej Brytanii), armią listów z NatWestu oraz z deklaracją do podpisania, że zgadzam się na to, aby mnie fotografowano i filmowano bez mojej wiedzy (WTF).

Dzień drugi
Zaczął się od podwójnej kawy, która przegrała z pitym wczoraj na litry świeżo wyciskanym zimnym sokiem pomarańczowym (mniam, uwielbiam). Na dzień dobry znów dostaliśmy te dziwne naklejki co wczoraj i choć niektórzy mieli jeszcze wczorajsze, kazali nam wziąć nowe. Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że w stosunku do osób, które wczoraj przysnęły na wykładzie, będą wyciągane konwekwencje (cokolwiek to znaczy), czyli straszenia ciąg dalszy. Dzisiaj wykłady były ciekawsze niż wczoraj, chociaż o wiele dłuższe, to jednak skośnooka prowadząca, która twierdzi, że pochodzi z Kanady, potrafiła przynajmniej jakoś nawiązać kontakt ze słuchaczami, mówiła prostym językiem i opowiadała obrazowe anegdotki, dzięki którym lepiej można było zrozumieć materiał. Pod koniec dnia - Treasure Hunt Team Building Exercise, czyli zabawa w podchody w centrum Londynu. Zabawa fajna, choć upał był nieziemski, ale trochę źle przygotowana, bo większość odpowiedzi na pytania z formularza dało się wygooglać, więc w praktyce był to w znacznej mierze konkurs na to, który zespół ma więcej iPodów i komórek z dostępem do internetu. Zrobiliśmy parę fajnych zdjęć, bo w ramach konkursu mieliśmy się też fotografować całą grupą w różnych miejscach Londynu. Postaram się coś wrzucić, gdy dostanę je od Anahity, która miała aparat. Dzień o wiele bardziej pozytywny od poprzednich, może z tą różnicą, że nie jestem w stanie chodzić - każde, nawet najwygodniejsze buty, po prostu wysiadają przy takich biegach na orientację w upale po mieście, nawet w ślimaczym tempie.
Udało mi się aktywować obsługę konta przez internet. Szkoda, że z tzw "housing allowance" potrącili nam 40% podatek (to z powodu niezłożonego P46, którego nie mogę wypełnić nie mając NINu). Mam za to książeczkę czekową i książeczkę do wpłat na konto. Karta debetowa dalej nieaktywna - nie udało się jej dzisiaj aktywować przez SMSa ani kanał internetowy, który uporczywie wmawia mi, że to dlatego, że mam mniej niż 16 lat.

Dzień trzeci
Najcięższy dzień, bo od 08:00 do 21:30. Właściwie nic godnego szczególnej uwagi. Najpierw prezentacja o tym, jak należy pracować, jakiego słownictwa należy używać i co mówić a czego nie, aby nie urazić innych członków ekipy. Uważam, że było by o wiele bardziej przydatne, gdyby poza dość banalnymi scenkami rodzajowymi, omówiono chociaż pobieżnie co w danej kulturze jest tematem tabu, o czym się rozmawia, jakie są zwyczaje. W końcu w samym dziale IT, liczącym 46 osób, mamy ludzi z całego świata, którzy mają różny kolor skóry, różne religie i zwyczaje i choć każdy ma jakiś próg tolerancji i bierze poprawkę na to, że można danej kultury nie znać, to dobrze było by nawet nieumyślnie nie urazić kogoś, z kim przyjdzie nam pracować do końca intenshipu. Później było o tym, jak należy się ubierać do pracy, jak się należy zachowywać, czego od nas oczekują, itp. Trzeba przyznać, że bardzo fajnie słucha się, gdy przedstawicielka HRów, ubrana pierwszego dnia we wściekle różową ciemną garsonkę, mówi o tym, że dress code to business casual i że powinniśmy się przed podjęciem pracy upewnić, jaki strój nas obowiązuje. Próbowałam się od nich tego bezskutecznie dowiedzieć przez dobry miesiąc w kwietniu, za każdym razem otrzymując inną odpowiedź, ale to miło z ich strony, gdy deklarują się, że służą pomocą. Kolejny raz usłyszeliśmy wyrzut o ziewaniu w poniedziałek na wykładzie. Założę się, że ostatniego dnia też to usłyszymy. Przy okazji wyczailiśmy już o co chodzi z naklejkami. To po prostu forma weryfikacji czy wszyscy przyszli punktualnie na wykład i kto się spóźnił. Podczas jednej z przerw zauważyliśmy, że na sali są włączone kamery, a w drugim pokoju za ścianą można sobie całość oglądać. No to już wiadomo skąd będą wiedzieli kto ziewał, kto spał i po co była zgoda na filmowanie (nie można było tego nie podpisać).
Lunch był wyjątkowo badziewny. Wyglądał trochę jak resztki kanapek z poniedziałku i był mało zjadliwy. Nie zawiodły tylko paskudnie jeszczetrochowe cytrynowe kruche ciasteczka w białej czekoladzie. Jak tak dalej pójdzie, po 11 tygodniach mieszkania tutaj, znowu będzie ze mnie okrągły pączuś. Na koniec dnia spotkanie powitalne, na które ledwo dokulałam. Zapowiadali pyszne jedzenie i koncert Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej. Koncert ominął chyba nas wszystkich, bo był ledwo słyszalny w szumie rozmów. Jedzenia nie zauważyłam, bo jedyne co było to coś przypominające wielkością przystawki do przystawek, wino i napoje. Atmosfera oficjalna, wszystko sztywne, poważne, niby takie biznesowe, ale chyba wszyscy spodziewaliśmy się czegoś bardziej na luzie. Pointegrowaliśmy się zatem w najbliższym gronie, poznałam dziewczyny z Dubaju i Maroka i posłuchałam, jak to ciężko jest w IBD (Oddział Bankowości Inwestycyjnej), gdzie pracują od 8 rano do 1 w nocy. Większość zmyła się do domu przy pierwszej nadarzającej się ku temu okazji. Do domu wracałam boso, bo ból obtartych od wczoraj stóp włożonych do jakichkolwiek butów był nie do zniesienia. Moja karta debetowa jest wreszcie aktywna. Z radości poszłam napełnić lodówkę i zarejestrować Oystera, nabijając na niego bilet miesięczny na strefy 1-2.

Dzień czwarty
Nakarmili nas wściekle słodkim śniadaniem, ale doceniam. Pierwszy dzień prawdziwej pracy - poznaliśmy naszych managerów, zostaliśmy przydzieleni do zespołów. Będę pracować w Operations, choć w systemie widnieję jako "IT C&S FI Derivatives" (FI to Fixed Income, ale co to jest C&S nie mam pojęcia). Tak wygląda budynek, w którym pracuję:


Cały dzień walczyliśmy z hinduskim Help Deskiem, próbując uzyskać dostęp do komputera (nie ma to jak praca w korporacji). Konto mam mieć aktywne jutro. Po pracy banalne szkolenie z Excela w ramach "Happy Computers", które choć trwało 4 godziny, to nie było w żaden sposób odkrywcze. Za to lunch, choć prawie cały na słodko, był o wiele bardziej sycący niż wczorajszy catering na imprezie powitalnej. Kuleję mniej niż wczoraj.

Dzień piąty
Cały dzień w pracy. Dostałam moją stację roboczą (póki co 1 monitor z 2, komputer, myszkę, klawiaturę, fotel, 3m2 biurka; czekam jeszcze na telefon), udało mi się powoli uzyskać dostęp do części funkcjonalności systemu. Przyjdzie mi tworzyć w Javie i przy okazji pewnie poznam Hibernate, Springa i zgłębię JUnita. Uprawiają programowanie ekstremalne, więc mają codzienne spotkania SCRUMowe, Sprinty, releasy, kochają Agile'a, TDD, continuous integration. Mam fajny zespół, dzisiaj poznałam mojego line managera. Nie wiem jeszcze co będę robić, póki co konfiguruję środowisko pracy. Wszystkie uprawnienia, progamy wymagają złożenia odpowiednich requestów w systemie, które realizowne są na zasadzie ticketów, ale pojedyncza iteracja potrafi trwać kilka dni. Urok dużych korporacji. To był chyba pierwszy dzień bez nadgodzin.
Wieczorem dwie godziny pływałam w wannie. Bardzo relaksujące :) Po powrocie z pracy najchętniej uciekłabym od całej cywilizacji od razu do łóżka spać. Wreszcie weekend.

4 komentarze:

  1. Czyli sama radość XD No nic, tak wyrywamy się do tej cywilizacji zachodnioeuropejskiej a ja po przeczytaniu tego to najchętniej bym w cholere rzucił studia, sprzedał wszystko i uciekał czym prędzej bo jeszcze mnie dosięgnie krwawa ręka wielkiej korporacji ;)

    A tak na serio to powodzenia, bo chyba się przyda ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To chyba urok pracy w korporacjach - szkolenia, wewnętrzne zasady, wszystko kontrolowane odgórnie. Od kiedy siedzę przy moim biurku, jest o wiele lepiej, chociaż nie wiem jeszcze co będę robić i nie wiem co się dzieje dookoła :D

    OdpowiedzUsuń
  3. "nie wiem co się dzieje dookoła :D"

    Tak podobno jest, jest taki dowcip, że kiedy pracujesz w amerykańskiej korporacji to nie wiesz co robią w sąsiednim dziale, jak we francuskiej to nie wiesz co robi kolega obok, a jak w rosyjskiej to sam nie wiesz co robisz ;) Także nie jest źle ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To nie brzmi optymistycznie, a raczej męcząco... Ja nie znoszę, jak mi ktoś mówi, w jaki sposób mam spędzać wolny czas i każe na siłę się integrować. W takich chwilach cieszę się jednak, że robię zwykłą praktykę na wydziale ;)
    Ale z drugiej strony zaprawisz się, więc zazdroszczę trochę doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń