czwartek, 8 lipca 2010

Kraj solonego masła i fast foodów organicznych

Dzisiaj napiszę o angielskim jedzeniu. Krążą o nim różne opowieści, w większości negatywne. Obiektywnie trzeba przyznać, że jest tutaj zupełnie inaczej niż w Polsce - od asortymentu w sklepach, przez pory i rodzaje posiłków, po nawyki żywieniowe Brytyjczyków. Po pewnym czasie można się jednak do tego przyzwyczaić lub, co jest nieco bardziej czasochłonnym zadaniem, trzymać się swojej diety.

Śniadanie
W Polsce uważane jest za najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Ma być sycące i dawać energię na cały dzień. Tutaj śniadania są ciężkie - jada się jajka smażone na bekonie, pieczarki, smażone/pieczone kiełbaski, fasolę, pomidory a do tego obowiązkowo grzanki z solonym masłem, kawa lub herbata i sok pomarańczowy. Niektórzy na śniadanie jedzą także owsiankę, ale choć próbowałam w kilku miejscach (m.in. PretAManger i na stołówce w pracy), to nie przypadła mi szczególnie do gustu - jest rozgotowana, bez smaku i pływa w zdecydowanie zbyt dużej ilości mleka. Oczywiście można się żywić gotowymi kanapkami, dostępnymi w różnorodnych zestawieniach w licznych sklepach oferujących jedzenie na wynos, ale wadą takiego rozwiązania jest stosunkowo wysoka cena (około £2,5 - £4 za kanapkę) i wysoka wartość kaloryczna posiłku. Niestety każda tego typu kanapka jest po pierwsze zrobiona z białego pieczywa, a poza tym zawiera majonez lub/i żółty ser. Na zdecydowanej większości produktów jest dopisek "organic". Rozumiem to słowo, ale liczba kalorii umieszczona na małej etykietce i tak bije po oczach, więc co to za różnica, czy to jest organiczne czy nie, skoro ma przynajmniej dwa razy za dużo kalorii. Jeśli ktoś nie musi dbać o linię, może jest mu wszystko jedno, ale dla mnie ma to znaczenie.
Śniadania jem zatem w domu, przed wyjściem do pracy. Najczęściej jest to ciemny chleb posmarowany masłem z szynką/salami lub serem (najczęściej kozim lub pleśniowym) lub rybą (makrela lub łosoś), czasami odtłuszczony biały serek typu grani i do tego warzywa - pomidory/ogórki/rzodkiewki/cebulka. Sporadycznie zdarza mi się kupić białe pieczywo, aby nie było tak monotonnie. Rzadko mam rano czas na herbatę, najczęściej piję ją dopiero w pracy.

Lunch
Z początku wydawało mi się, że to jakiś dziwny twór - trochę pomieszanie drugiego śniadania ze wczesnym obiadem. Najczęściej jadany jest między godziną 13 a 15. Ludzie w pracy dzielą się na tych, których lunch składa się z kanapek i słodkich ciasteczek, oraz tych, którzy w tym czasie spożywają ciepłe posiłki w białych kartonowych kubeczkach. Nie jada się tutaj zup, co nie oznacza, że nie można ich tutaj kupić. Należy jednak uważać, bo nie mają one nic wspólnego z zupami, które spotyka się w Polsce. Dotychczas testowałam francuską zupę cebulową i aktualnie nie mam ochoty na dalsze odkrywanie zupnych "smakołyków" - zupa ta, z której pływały duże kawałki czerwonej cebuli, była w kolorze ciemnobrązowym, o silnym pikantnym aromacie pieczonej cebuli i przypraw przypominających magi. Po dwóch łyżkach uznałam, że już wystarczy i że nie chcę mieć więcej nic wspólnego z zawartością mojego tekturowego pojemniczka i całość wylądowała w koszu. Na małej stołówce, którą mamy w pracy, w czasie lunchu można kupić najczęściej ryż lub makaron z sosem i mieszanką zawierającą mięso oraz frytki i smażone kiełbaski. Próbowałam dwa razy ryż z czymś, co miało być kurczakiem, i żyję, ale nie było to szczególnie smaczne. Za pierwszym razem przypominało trochę gulasz, za drugim moj żołądek jeszcze pół nocy zionął ogniem. W końcu postanowiłam sprawdzić, co można zjeść poza pracą. Standardowo - kanapki, reklamujące się już rano jako pieczone specjalnie na porę lunchu, gorące "wrapy" (warzywa w sosie w mięsem zawinięte w ciasto naleśnikopodobne), a oprócz tego McDonalds, Burger King i słodkie bułeczki, pączki, ciasteczka. Oczywiście ponownie, większość fast foodów sprzedawanych na wynos ma etykietkę "organic". Po kilku dniach zaczęłam ją traktować jako informację "jestem droższy bo z lepszych składników", a nie jako "jestem organiczny czyli zdrowy". Organiczny, czy nieorganiczny - tutaj tuczy tak samo. Na dodatek jedzenie z Pret po pewnym czasie traci na atrakcyjności i się przejada - w sumie wszystko co tam można kupić, jest trochę na to samo kopyto. Wczoraj udało mi się wypatrzyć szyld z napisem "Salad Factory", więc zwabiona chwytliwą nazwą weszłam do środka. Strasznie drogo, gotowe produkty na półkach jakoś nie mówią mi do ucha "będę smaczny", a długa kolejka skutecznie odstrasza przed ladą, przy której można sobie zamówić sałatki przygotowywane na bieżąco z wybranych składników.
Po tygodniu odżywiania się kanapkami, niezidentyfikowanymi ryżami i wrapami, kupiłam w supermarkecie udko z kurczaka, ziemniaki i sałatkę i odgrzałam całość w mikrofalówce w pracy. Całość kosztowała mnie £5, ale tak przecież nie można codziennie. Postanowiłam zatem w porze lunchu jeść przede wszystkim owoce i jogurty, przesuwając porę obiadu właściwego na godzinę wyjścia z pracy. Do tego przez cały dzień wypijam kawę i hektolitry różnorakich herbat bez cukru, których mamy dość duży wybór w pracy. Teoretycznie powinna to być godzina 17 (choć dotychczas zdarzyło się to może kilka razy).

Obiad
Ponoć na Wyspach występuje taki posiłek i jest jedzony wieczorami. Zdarzyło mi się jeść coś takiego gdy byłam w Londynie na ferie zimowe.
Zazwyczaj po dotarciu do domu z pracy jedyną rzeczą, o której myślę, jest miękkie łóżko, ale zdarza mi się od czasu do czasu coś przygotować. Najczęściej są to smażone na patelni krewetki lub kurczak w bliżej nieokreślonym sosie z ryżem lub odgrzewane pierogi. Na chwilę obecną mam zbyt małą lodówkę w akademiku aby móc ugotować sobie zupę na 3 dni, ale mam nadzieję, że po przeprowadzce w weekend się to zmieni.

Zakupy
Cenowo nie jest tragicznie, chociaż jednak drożej niż w Polsce. Generalnie tańsze są kosmetyki. Warto wiedzieć, że produkty marki Tesco dzielą się tutaj na 3 kategorie: Tesco Value (najgorsze, najtańsze - te przywędrowały do Polski), Tesco (przeciętne) i Tesco Finest (najwyższa jakość, najwyższa cena, często lepsze jakościowo od innych "markowych" produktów). Samo Tesco występuje też w 3 odmianach - Tesco (duże), Tesco Metro (średnie) i Tesco Express (małe). Trzeba uważać na ceny w Marks&Spencer, bo jest tam generalnie strasznie drogo - najbardziej to widać po owocach i warzywach, które są czasem 2-3 razy droższe niż w innych sklepach. Zakupy żywnościowe najczęściej robię w Tesco i Co-Operative. Ciekawostką jest, że w prawie każdym supermarkecie można kupić kwiaty i większość z nich ma coś jakby datę ważności, czyli gwarantowany okres przez który nie powinny zwiędnąć - jeśli zwiędną, można reklamować i dostać nowe ;)
Jeśli chodzi o masło, to w większości przypadków jest solone i trochę się trzeba naszukać, aby znaleźć bez soli. Osobiście polecam irlandzkie Kerrygold i francuskie President - zarówno jedno, jak i drugie można też kupić w Polsce. Nie mogę nigdzie znaleźć białego twarogowego sera z krowiego mleka, ale za to fani koziego mleka i sera będą się tutaj czuli jak w raju - można kupić dosłownie wszystko, co tylko przyjdzie do głowy. W praktycznie każdym sklepie jest szeroki wybór salai, w tym przepyszne niemieckie i włoskie, jednak fani węgierskiego Pickwicka raczej będą niepocieszeni. Z nieco większymi problemami znajdziemy biały ser typu grani w 3 smakach: naturalny, z cebulką i z ananasem. Mleko występuje w kilku wariantach: pełnotłuste (4% tłuszczu), odtłuszczone (2%) i light (0,5%). Bez problemu znajdziemy też każdy możliwy żółty ser. Najtrudniej o dobrą wędlinę - wszystko poza salami to w zasadzie szynka konserwowa w różnych wariantach. Chleb da się kupić - zarówno dobre białe pieczywo, jak i pełnoziarniste ciemne (choć o to trudno i nie wszędzie jest dostępne z powodu małego zainteresowania). Jogurty popadają trochę w skrajność - albo pełnotłuste albo odtłuszczone ze zdecydowaną przewagą liczebną produktów typu light. Do tego bardzo dużo jedzenia z serii "WeightWatchers", które bynajmniej nie charakteryzuje się jakąś porażająco niską ilością kalorii, a po przeglądnięciu wszystkich produktów, znalazlam tylko kilka, które nie zawierałyby żółtego sera. Nie znalazłam stoisk rybnych, takich jak w Polsce i jedyne ryby to te paczkowane i to najczęściej tylko dwa rodzaje - makrela i łosoś (zwykłe lub wędzone w miodzie). Może mam pecha, a może po prostu takowe nie występują. Nie znalazłam także śledzi w śmietanie, zupek/kisieli/galaretek/budyni w proszku, kiszonej kapusty, ogórków kiszonych, pasztetu, nie wspominając już o żurku, barszczu, pierogach, gołąbkach, czy naleśnikach. Z tego co wiem, część z tych rzeczy można kupić w polskich sklepach np. w dzielnicy Ealing Broadway.

Wielka Brytania to zdecydowany raj dla łasuchów - kiedy przechodzę koło działu ze słodyczami, towary na półkach niemalże mówią "zjedz mnie". Trzeba przyznać - są okropnie jeszczetrochowe, tuczące i uzależniające. Uwielbiam tutejsze świeżo wyciskane i przecierane soki, zwłaszcza te z cząstkami owoców, które mają krótki termin ważności i trzeba je trzymać w lodówce. Kosztują przeciętnie £2 za litrową butelkę. Nie ma zbyt dużego wyboru smaków - głównie pomarańczowy i jabłkowy, zdarza się też jabłko z dodatkami (gruszka, bez, mango, malina), ale przez najbliższe kilka tygodni nie powinny mi się znudzić.

Podoba mi się tutaj to, że niezależnie od pory roku jest dokładnie taki sam asortyment owocowo-warzywny i wszelkie owoce można kupić zarówno w czerwcu, jak i grudniu. Na dodatek mają podobne ceny. Fakt, że w lutym truskawki z Maroka smakują inaczej niż w lipcu z Kent, ale można je kupić i też są bardzo smaczne. Lubię też wejść do sklepu i za kasą spotkać uśmiechniętego sprzedawcę, który nie zachowuje się, jakby postawiono go tam za karę (co niestety jest bardzo częste w sklepach w Polsce). Zazwyczaj, zwłaszcza w mniejszych sklepikach, spakują wszystko do reklamówek tak, aby nic się nie pogniotło i ciężar był w miarę zrównoważony, porozmawiają chwilę, uśmiechną się. Mam oczywiście świadomość, że takie zachowanie wynika z tego, że mają to wpisane do umowy jako warunki, które muszą spełniać, i że jeśli nie będą mili, to po prostu stracą pracę, ale jako konsumenta średnio mnie to obchodzi.

Wyjeżdżając do Anglii przywiozłam ze sobą ciemny chleb żytni na zakwasie pieczony przez moją mamę, chleb żytni razowy, wędliny z Bacówki (szynka, polędwica, kabanosy), pierogi (ruskie, z serem, z truskawkami) i lekarstwa (zwłaszcza te na receptę).

5 komentarzy:

  1. Niezły opis :) Ja jestem wielce zakochany w Anglii a zwłaszcza w Londynie i jak dla mnie ich śniadania są mistrzowskie, obiady - fastfoodowe hamburgery z bekonem i serem cheddar (w dobrej knajpie np. sieci pubow Weatherspoon - w całym Londynie) czy przekąski (tłuste). No niestety, lekko nie jest, ale za to pysznie :) W tym roku już w Londynie byłem, we wrześniu na 2 tygodnie się wybieram a może jeszcze po raz trzeci w zimie ? :)

    Pozdrawiam
    Belze / Kłosu / Kamil Kłosowski :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie twierdzę bynajmniej, że niektóre fast foody nie są smaczne, ale niestety jedzenie ich na codzień bardzo znacznie dodaje kilogramów. Londyn ma swój urok. Mam nadzieję, że po przeprowadzce w ten weekend będę mieć wreszcie trochę czasu w weekendy aby go pozwiedzać ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany, jak szczegółowo : )

    Kilka sugestii. Owsiankę polecam z miodem albo np bananami i rodzynkami (w Crush takie robią- pycha), gdzieniegdzie można też spotkać wersje letnie na jogurcie. Niegłupi jest też jakiś słodki dżem, w najgorszym wypadku można spróbować po prostu z solą (bez dżemu ;). Wg mnie powinny być na wodzie, ale to kwestia gustu.

    Pret miewa dobre zupy (Classic Tomato albo coś tam z bekonem np), ale generalnie w tych miejsach (Pret, Eat i klony) najbardziej znośne są sałatki. W Eat miewają też 'pie'. Sałatki można sobie samemu skomponować w Chopped.

    Biały ser chyba w ogóle jest mało popularny poza Polską.. ale! Polskie produkty można spotkać w bardzo wielu sklepach (nie tylko polskich, których jest sporo), np u Ciapatych. Ryby i owoce morza są w Anglii dość popularne, chociaż świeże to raczej w rybnym; z zupami w proszku, różnymi kiszonymi rzeczami itp rzeczywiście jest gorzej. Mają za to różne sandwich fillery, pasty i pasztety (raczej jako dodatki z wyższej półki chyba). Z tego co mówisz to bywasz w dzielnicach raczej biznesowych, tam generalnie trudniej o takie 'domowe' produkty...

    I jeszcze w ramach lunchu: opłaca się poszwędać po lokalnych uliczkach. Ja akurat pracowałem po drugiej stronie Broadgate, Spitalfields market czy też budy kawałek dalej na wschód są pewnie dla Ciebie za daleko; ale w tym regionie często się trafia na takie lunchowe zbiegowiska. W pseudo włoskich kawiarniach robią zazwyczaj niezłe 'chicken escalop sandwiches', polecam też Jacked Potatos, trochę mniej fish and chips. I oczywiście różne makarony i lasagne (z trzykrotnie przemielonym farszem ;) Sieciówki chińsko/japońskie miewają znośne rzeczy (np sieć Wasabi, chyba jest przy Moorgate jeden). Skoro masz mikrofalówkę w pracy, to możesz przyjrzeć się gotowym daniom w M&S (też jest duży przy Moorgate). W ogóle te gotowe dania nie są takie złe (chociaż warto pamiętać, że mniej więcej: Tesco <= Sainsubrys = Tesco Finest <= M&S = Waitrose).

    I pamiętaj o Five a Day :) Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  4. A tam szczegółowo, pozbierane komentarze natury ogólnej ;)

    Owsiankę próbowałam z miodem z Pret, ale nie była zbyt smaczna. Crush? Nie spotkałam jeszcze niczego takiego, widać muszę dłużej poszukać. Patrzyłam na gotowe dania w M&S, ale ceny mają dość wysokie w porównaniu z takim Tesco. Chyba w końcu zaryzykuję, bo coś trzeba jeść ;) 5 a day oczywiście stosuję, nawet czasami wychodzi tego więcej niż 5.

    Dzięki za wskazówki, przetestuję co i jak :) Znajomi podzielili się jeszcze ostatnio informacją o jakiejś wietnamskiej knajpce, a ja znalazłam hiszpańską restaurację, którą mam bardzo blisko pracy - LaTasca i kilka japońskich i chińskich take away'ów. Może będzie zjadliwe :)

    A gdzie Ty mieszkasz i pracujesz? Może mijamy się czasem bez słowa na ulicy ;) ? Ostatnio spotkałam Polaka w Precie na Liverpool Street. Choć pewnie nie czyta tego posta, to pozdrawiam Cię serdecznie Miłoszu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. He, Polaków to w Londynie rzeczywiście nie brakuje :)

    Teraz akurat pracuje w West Endzie (okolice Green Park) a mieszkam na południu (Clapham), więc chyba się nie mijamy... Zresztą, Londyn pod tym względem jest beznadziejny- odkąd tu jestem to tylko dwa razy jakiegoś znajomego spotkałem przypadkiem na ulicy (albo za dużo ludzi, albo za mało znajomych :)

    OdpowiedzUsuń