środa, 3 listopada 2010

Londyńskie akademiki

Od kilku tygodni nieustannie miałczę, że nie mam czasu, że wszystko co robię jest na "wczoraj", i że chciałabym się wreszcie wyspać. Tak, to wszystko prawda. Ale dzisiaj robię sobie wolne. Co by nie zwariować. W ramach wolnego - ciąg dalszy wspominek z Londynu. Dzisiaj będzie o akademikach, w których mieszkałam w te wakacje.

Przez cały mój wakacyjny pobyt w Londynie nie napisałam gdzie właściwie mieszkałam w tym czasie. Wspominałam tylko o problemach ze znalezieniem lokum przy okazji ogólnego marudzenia na wszystko co się da po kolei. Nie było to bynajmniej takie proste.

Dobra wiadomość jest taka, że stosunkowo łatwo w krótkim czasie można znaleźć informacje o wszystkich wolnych pokojach - dużo akademików prowadzi rezerwację miejsc przez internet. Praktycznie każda uczelnia ma swój własny system wykupu miejsc, a w przypadku braku wolnych miejsc często proponuje inne zakwaterowanie (np. w akademiku innej uczelni). Niestety miałam pecha i nie dość, że nie było miejsc w żadnym uczelnianym akademiku, to jeszcze żadne z potencjalnych miejsc nie znajdowało się w odległości mniejszej niż 30min do pracy. Pozostały zatem dwa miejsca, niezwiązane z żadną z uczelni: Claredale House i Sir John Cass Hall. Z opisu na stronach Cass&Claredale wynikało, że choć pokój w Sir Johnie jest droższy o £20 funtów tygodniowo, to jednak się opłaca. Oglądnęłam wszystkie dostępne w internecie zdjęcia, skonsultowałam wszelkie wątpliwości drogą mailową (bardzo dobry kontakt!) i podjęłam decyzję. Skontaktowałam się wcześniej z innymi Polakami z MIMUWu, którzy również mieli staż w UBSie w tym czasie co ja i trochę zdziwiło mnie, że wszyscy wybierają się do Claredale, ale jakoś zignorowałam ten fakt. Nie byłam w stanie zrozumieć jak mając do wyboru miejsce, w którym wszystko jest na miejscu (wymiana pościeli i ręczników co tydzień, wyposażona kuchnia, sprzątanie pokoju i śniadanie) można wybrać to, w którym wszystko, począwszy od pościeli, a kończąc na sztućcach, trzeba przynieść ze sobą.

Sir John Cass Hall
Pierwszy tydzień mieszkałam u znajomych. Niestety we wszystkich akademikach okres wynajmu wakacyjnego zaczynał się dopiero w poniedziałek, kiedy zaczynałam pracę (przyleciałam w piątek), a ponadto w większości nie było już wolnych pokojów. Minął tydzień i nadszedł czas przeprowadzki. Jeszcze w maju zapłaciłam z góry za pierwszy tydzień £140, a w cenie miał być pokój z tzw "niemieckim śniadaniem kontynentalnym" (cytat). Osobiście zwrot "śniadanie kontynentalne" kojarzy mi się ze słodką minimalistyczną bułeczką z dodatkiem dżemu i nie pasuje do niego ani trochę przymiotnik "niemiecki". Niewiele się pomyliłam. Śniadanie było faktycznie minimalistyczne - szwedzki stół, na którym codziennie dokładnie w tych samych miejscach stołu można było znaleźć płatki na mleku, jajecznicę bez dodatku soli, kilka plasterków żółtego sera i szynki, masło, słodkie rogaliki francuskie i chrupiące bagietki. W połączeniu z godziną, o której je podawano, ta konfiguracja była w pełni uzasadniona - wystarczyło sięgnąć tam, gdzie ostatnio gdy nie przysypiało się na stojąco stał dany produkt i w zasadzie z zamkniętmi oczami można było przygotować sobie śniadanie. Pokój faktycznie miał 7m2. Jedyne adekwatne określenie, jakie przychodzi mi do głowy (i o dziwo wszystkim pozostałym osobom, które kiedykolwiek go widziały) to "nora".











Moja norka była zatem długa i wąska, a łóżko na tyle małe i przysunięte do minimalistycznego okienka, że bałam się, że w nocy wydryfuję przed siebie, na wyjątkowo niski parapet i obudzę się piętro niżej na chodniku. Dryf wgłąb pokoju uniemożliwiał stolik z wentylatorem, pod którym stała lodówka, a ruch w bok utrudniała z jednej strony ściana, z drugiej - krzesło stojące na styk z biurkiem. Na tych 7m^2 faktycznie znajdowała się szafa, biurko, krzesło, umywalka, lodówka i stolik, ale nie było miejsca na cokolwiek innego. Oczywiście drzwi zatrzaskiwały się automatycznie po wyjściu z pokoju, więc wszędzie trzeba iść z kluczem.Widok z minimalistycznego okienka wprost na magazyn Tesco, do którego codziennie o 5 rano przyjeżdżała dostawa, tłukąc się niemiłosiernie oraz minimalistyczne okienko, które skutecznie uniemożliwiało wywietrzenie pokoju (a w czerwcu i lipcu temperatura nie spadała poniżej 25st) to jeszcze nic. Najgorzej było z łazienkami. Przed wyjazdem zapewniono mnie, że "ilość łazienek jest wystarczająca". W rzeczywistości, na 48 pokojów znajdujących się na piętrze przypadała jedna łazienka damska i jedna męska, z których każda zawierała 2 (słownie: dwa) prysznice, 3 toalety i 2 umywalki ze wspólnym lustrem. W praktyce oznaczało to poranną kolejkę do prysznica, w której bywało, że trzeba było stać ponad godzinę. Jeśli chodzi o sam prysznic, to dało się co prawda wyregulować siłę strumienia wody, jak i temperaturę, ale słuchawka była na stałe przymocowana do jednego z kątów ściany. Kabina prysznicowa oczywiście otwarta z jednej strony, zasłonięta tylko materiałową zasłonką, która przyklejala się do wszystkiego zaraz po odkręceniu wody. Żeby nie było za prosto, do łazienki trzeba było przemaszerować długim, wąskim korytarzem z drzwiami przeciwpożarowymi w połowie. Jakby tego było mało, kuchnia co prawda była wyposażona we wszystko czego potrzeba (każdy miał teoretycznie swoją szafkę na kluczyk, choć w praktyce nigdy się nie zamykały), ale kilka dni po tym, jak się wprowadziłam, zaczął się w niej remont. Na szczęście kuchnie na piętrze były dwie, ale miałam to nieszczęście mieszkać vis-a-vis remontowanej kuchni. Na dodatek zero kontaktu z innymi ludźmi. Nigdy nie dowiedziałam się jak wygląda i gdzie znajduje się pralnia, bo nawet nie miałabym gdzie rozwiesić suszących się ubrań. Wytrzymałam dwa tygodnie, potem miałam dość. Kilka dni po przeprowadzce dowiedziałam się, że piętro niżej w Sir Johnie mieszkał znajomy znajomego z UBSa, który był na stażu w innym banku w City. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej, bo pewnie wiele razy mijaliśmy się chociażby jadąc do pracy, a było by o wiele raźniej.

Claredale House
Zupełnie przypadkiem udało mi się załapać na wolne miejsce. Koleżanka przeprowadzała się do innego akademika i zwolnił się pokój. Warunki już na pierwszy rzut oka o wiele lepsze. Każdy kompleks mieszkaniowy skladał się ze wspólnej kuchni, łazienki oraz 4 osobnych sypialni - w każdej duże jednoosobowe łóżko (a pod nim dodatkowe wysuwane metalowe koszyki), pojemna szafa, duże biurko, krzesło, kilka półeczek, wielkie okno (!) z parapetem na odpowiedniej wysokości i kawałek wolnej, niezagospodarowanej przestrzeni dywanu. Bez problemu we wnękę przy łóżku zmieściła się walizka (w Sir Johnie stała pod biurkiem uniemożliwiając korzystanie zarówno z krzesła, jak i biurka).





















Całkowita powierzchnia była na tyle duża, że można było sobie pozwolić na bałagan. Współdzielona kuchnia z dużymi oknami wychodzącymi na dziedziniec była częstym miejscem spotkań po pracy, więc zniknęło uczucie odosobnienia. W pralni dostępne były cztery pralki na £2 i cztery suszarki na £0,50. Czynsz można było płacić czekiem (polecam, świetna sprawa gdy nie chce się latać po Hackney z gotówką w zębach i nie uśmiecha się nam również podawanie szczegółów karty, aby sami ściągnęli należność), nie było też problemów z odbiorem paczek czy listów. Miła, zielona okolica, blisko do pracy i do wyboru: 2 autobusy, metro, pociąg. Faktycznie, mieszkanie w Claredale wymagało zainwestowania w pościel, kołdrę, poduszkę i ręczniki (wyposażenie kuchni przywieźli ze sobą pozostali współlokatorzy), ale było warto. Jednak MIMUW wiedział co wybiera ;)

Hackney słynie z tego, że jest tanią, czarną i niezbyt bezpieczną okolicą. O ile jednak Claredale jest przy głównej drodze, w dość spokojnym miejscu, na pograniczu Shoreditch i Bethnal Green, o tyle Sir John Cass Hall to bardziej pogranicze Hackney Wick i Leyton. I choć nikt mnie nie pobił, nie okradł i nie miałam żadnych nieprzyjemności, o tyle trochę nieswojo czułam się gdy wieczorem zaczepiały mnie różne dziwne typy.

3 komentarze:

  1. Sandra wydaje mi się, że odrobinkę przesadzasz. Pierwszy pokój na zdjęciu prezentuje się całkiem ładnie, no a że malutki, w końcu to jedynka, więc nie ma się czemu dziwić;)
    Z resztą jeśli to akademiki, to siłą rzeczy standard nie jest zbyt wygórowany.
    no ale mam nadzieję, że pobyt a Anglii ogólnie wspominasz dobrze pomimo pewnych niedogodności;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i ładnie, ale nie do końca odpowiadał opisowi, jaki uzyskałam przed jego wynajęciem (albo po prostu nie do końca zrozumieliśmy się z recepcją). Największym problemem była ta nieszczęsna łazienka. Jeśli chodzi o standard, to nie zgodzę się tutaj - akademik w Polsce i akademik w Anglii to dwie zupełnie różne bajki. Na Wyspach nie ma czegoś takiego, jak pokój więcej niż jednoosobowy. Zazwyczaj jednak mają one powierzchnię nieco większą niż 7m2 - znajomy w Cambridge wspominał coś o 20m2 i jak tam byłam, to wyglądało naprawdę przyzwoicie za o wiele niższą cenę.

    To było raczej porównanie, w nieco krzywym zwierciadle, dwóch akademików. Fakt, jeśli ktoś przyjechał w wakacje na tydzień-dwa zwiedzić Londyn i zależy mu na jak najniższych cenach, to jest to prawdopodobnie najlepszy wybór (pomijając fatalną komunikację z resztą miasta). Jeśli jednak ktoś przyjeżdża na dłużej, nie polecam.

    Oczywiście pobyt w Anglii wspominam bardzo dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. brzmi super i łatwo, a ja wciąż nie byłam w londynie. wstyd!

    OdpowiedzUsuń