środa, 20 kwietnia 2011

Wiosna ach to Ty :)

Po długim oczekiwaniu i wyjątkowo pięknej, białej, mroźnej zimie - dokładnie takiej, jaką smoki lubią najbardziej - nareszcie przyszła wiosna. W okamgnieniu zakwitły krzaki magnolii i drzewa owocowe, zazieleniły się trawniki, a drzewa niemal z dnia na dzień wypuściły pączki i pierwsze jasnozielone listki. Wygląda na to, że mimo dużego opóźnienia, nawet kasztanowce zdążą nadrobić zaległości do majówki i matury będą musiały jak co roku odbyć się planowo ;) Do pełni szczęścia brakuje chyba tylko owoców sezonowych, w tym obecnych już zazwyczaj pod koniec kwietnia polskich truskawek gruntowych. Niestety holenderska odmiana szklarniowa, która pojawiła się kilka tygodni temu w supermarketach, okazała się być jednorazową przygodą - z truskawkami wspólny mają jedynie zapach i wygląd, ale w smaku są zupełnie nijakie, wodniste i bardziej przypominają kwaśne jabłko, niż słodki, dojrzewający na słońcu owoc.

Z okazji zbliżających się wielkimi krokami świąt, na Rynku w Krakowie przez kilka dni można było odwiedzić Jarmark Wielkanocny. Wśród małych budek i większych straganów, pełnych kolorowych ozdób, produktów żywnościowych, kartek świątecznych i wszechobecnych palm wielkanocnych, każdy może znaleźć coś dla siebie. Jak zwykle można było wzbogacić swoją kolekcję monet o dodatkowe egzemplarze na stoisku promocji regionu, kupić różnego rodzaju sery, wędliny i chleby, nierzadko trudno dostępne na codzień w sklepach; wybić pamiątkową monetę, a także zjeść coś na miejscu lub stać się posiadaczem kolejnego wyjątkowo starannie wykończonego obiektu figurkopodobnego.

Tym razem moją uwagę przykuło stoisko z serami austriackimi z dwoma całkiem nieźle mówiącymi po polsku starszymi panami. Mnie osobiście zainteresował jedenastomiesięczny ser górski, który okazał się być tak pokaźnych rozmiarów, że abym mogła go skosztować, a następnie kupić, do jego pokrojenia potrzebne były dwie osoby. Ser okazał się bardzo smaczny, jednak wydziela tak silną, niezbyt apetyczną woń, że do lodówki trafił zawinięty w podwójną warstwę folii. Zaopatrzyłam się też na stoisku litewskim w chleb na powidłach śliwkowych (tym razem wybrałam wersję bez kminku) oraz piernik, posypany wiórkami orzechów ziemnych. Z daleka kusiła jeszcze budka z owocami w czekoladzie, ale oparłam się pokusie, choć jabłka zalane gorzką czekoladą i czerwonym lukrem wyglądały równie przepysznie jak banany w biało-brązowej polewie i nie ustępowały bynajmniej w niczym nadzianym na patyk truskawkom w mlecznoczekoladowej otoczce. Aż ślinka cieknie na samo wspomnienie, ale w końcu mamy wiosnę i zamiast dodać sobie kilka kilogramów, wolałabym trochę odjąć. Pracuję nad tym intensywnie, więc jestem dobrej myśli :)

Ostatnie tygodnie były naprawdę pracowite, a w szczególności ostatnie dni, ale nadchodzące święta nie zapowiadają bynajmniej odpoczynku. Co prawda w tym roku mam dłuższą przerwę, bo nie mam zajęć między Wielkanocą a majówką, ale też więcej rzeczy do zrobienia, nadrobienia i pozałatwiania.

Aktualnie jednak kusi mnie leżący na półce Pratchett - mam ochotę pożreć go w całości, w komplecie z okładką na deser, co uczynię już za chwilę z dziką radością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz