wtorek, 16 sierpnia 2011

Coś się kończy, coś się zaczyna

Dużo się działo w ostatnim czasie. Pod koniec czerwca wyprowadziłam się z Krakowa i wróciłam do Gliwic. Przy okazji zdałam sobie sprawę z tego, jak szybko minęły te 4 lata. Czas jednak strasznie szybko biegnie. Pamiętam jak szukałam mieszkania, a potem jak się wprowadzałam - zupełnie jakby to było wczoraj. Mam straszny sentyment do miejsc, do małych rzeczy, których niektórzy ludzie w ogóle nie zauważają, do widoku za oknem, do zapachów i dźwięków... Każde nowe miejsce brzmi inaczej, inaczej pachnie, inaczej wygląda. Trudno to wszystko ubrać w słowa. Kraków pachnie historią, moją ulubioną kawiarnią, zmokniętymi drzewami na Plantach po burzy, podmokłą trawą na Błoniach, iglakami za moim oknem. Jednym słowem dużą ilością małych rzeczy, które składają się w barwną, plastyczną, nieco magiczną całość. Londyn, dla porównania, pachnie zupełnie inaczej - nowością, dużym miastem, indyjskimi restauracjami i fastfoodami, wszechobecnym Starbucksem i deszczem w dużych ilościach. Ale w Londynie po deszczu nie pachnie mokrą trawą, tak jak w Krakowie - to jest zapach bardziej zbliżony do arbuza rozmlaskanego na betonie pod kołami czerwonych piętrowych autobusów.

To zabawne, ale najwięcej miejsc, z którymi czuję się w jakiś sposób związana emocjonalnie, odkryłam w pierwszym i ostatnim roku mieszkania w Krakowie - zupełnie jakby te lata "w środku" nie przyniosły niczego nowego. I tak mam w Krakowie moją ulubioną restauracjębar wegetariańskikawiarnię, czy klub fitness. Zresztą trudno nie mieć, gdy mieszka się w jakimś mieście przez dłuższy czas. W szczególności to ostatnie trochę szkoda, że odkryłam dopiero w drugiej połowie 4. roku - może nie zrobiłby się ze mnie wtedy taki pączuś w masełku gdyby nastąpiło to ze 2 lata wcześniej ;) Pewnie, że będę tęsknić. Już tęsknię. Ale zapewne będę tu też czasami wracać - może nie tak często jakbym chciała, ale do woli mogę to robić przynajmniej w miękkich, kolorowych realistycznych snach, jakie miewam od czasu do czasu :)

Sesję udało się zaliczyć (prawie) w terminie. Zaliczenia (poza jednym, nad którym pracuję) również. Te kilka miesięcy to był pracowity czas - miałam dodatkowe przedmioty z innej specjalności i o ile w trakcie semestru jeszcze jakoś udawało się wszystko pogodzić w czasie, o tyle gdy zaczęła się sesja i zdobywanie zaliczeń, nie było już tak różowo. Do tego jakby było mało (może po prostu tak niewinnie wyglądało) na początku semestru postanowiłam zaangażować się w Uniwersytet Ernst&Young. Wyszło z tego fajne przedsięwzięcie, rozwijająca praca, ciekawe warsztaty, no i miło było odwiedzić Warszawę, którą ostatni raz widziałam w klasie maturalnej. Ale uważam, że mimo zasuwania i roboty po łokcie, a także niestety zawalania części przedmiotów na studiach, było warto. Niewątpliwie bardzo pomocny w realizacji tych wszystkich przedsięwzięć jest indywidualny tok studiów, jaki w tym roku udało mi się otrzymać od mojej uczelni. Do tego doszły teraz trochę nowe, ciekawe perspektywy, więc ogólnie bardzo polecam zajęcia Uniwersytetu wszystkim studentom kierunków informatycznych i pokrewnych - dobra okazja do samorozwoju w trochę inną stronę niż to jest możliwe na studiach.

Tymczasem trwają intensywne przygotowania do września. Od kilku tygodni uczę się gotować, zbieram i przepisuję wszelkie domowe przepisy i dodaję do obserwowanych różne ciekawe blogi kulinarne. Co nieco już potrafię ugotować i upiec i nawet jako tako mi to  wychodzi, więc może zacznę trochę eksperymentować, jak już nabiorę pewnej wprawy. Ale raczej nie planuję przekształcać bloga w relację z kuchennych starć, choć mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę mieć trochę więcej czasu i tematów do pisania.

Tytuł dzisiejszego wpisu nie nawiązuje bynajmniej do słynnego zbioru opowiadań fantasy. Zabawne, ale z całego cyklu opowieści o Wiedźminie, którą notabene pochłonęłam w całości w gimnazjum, jest to jedyna pozycja, której do dziś nie przeczytałam. W okresie mojej wzmożonej fascynacji twórczością Andrzeja Sapkowskiego jakoś nie było jej w bibliotece, a później odeszła w zapomnienie. Trzeba to będzie nadrobić przy najbliższej okazji - najlepiej zaraz po przebrnięciu przez niemal kompletną kolekcję Pratchettów i książek podróżniczych autorstwa Beaty Pawlikowskiej.

4 komentarze:

  1. Samo "Coś się kończy, coś się zaczyna" jest takie sobie, ale za to w tym zbiorze jest "Złote popołudnie", które jest moim absolutnie ulubionym opowiadaniem Sapkowskiego ever - to jest "Alicja w Krainie Czarów" opowiedziana z punktu widzenia kota :D Rewelacja!

    Pozdrawiam i powodzenia w dalszych planach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brzmi interesująco :) Swoją drogą, gdy wróciłam jakiś czas temu do niektórych fragmentów sagi o Wiedźminie, byłam w szoku, że czytałam te książki mając 13 lat. Choć pewnie to też kwestia punktu widzenia - dzisiaj w co drugiej stronie widzę jakieś dwuznaczne podteksty, a niektóre fragmenty aż nimi kipią ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest całkiem fajna książka pomocniczo-kucharska:

    http://www.cookingforgeeks.com/

    :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest polskie tłumaczenie tej książki wydane przez Helion ;) Ale to chyba nie dla mnie - zbyt geekowskie :P

    OdpowiedzUsuń