środa, 9 listopada 2011

Londyn na trochę dłużej

Przed wylotem obiecywałam regularne wpisy i że dużo się będzie działo. Średnio to niestety wyszło, bo pojawiło się nagle bardzo dużo obowiązków, a wolnego czasu jak na lekarstwo. Ale zacznijmy od początku:

odlot Katowice (KTW) godz. 06:00 przylot do Londyn Luton (LTN) godz. 07:25

Tym razem bilet w jedną stronę. Muszę przyznać, że o ile Wizzair, zaliczający się do tak zwanych tanich linii lotniczych nie jest już wcale taki tani jak kiedyś, o tyle umożliwia przewiezienie naprawdę sporych ilości bagażu w bezkonkurencyjnie niskiej cenie. Przez internet można wykupić 3 sztuki bagażu nadawanego, z czego każda walizka może ważyć do 32kg i na trasie do Londynu kosztuje 90zł od sztuki. Jakby komuś było mało, na lotnisku można wykupić kolejne 3 i przyjemność ta kosztuje 135zł od sztuki. Oczywiście nie zakładałam nawet, że uda mi się zmieścić w jedną czy dwie walizki. Miałam jednak nadzieję, że uda się we trzy, ale w końcu wyszły z tego cztery, a i tak wszystkiego nie udało się zabrać. Pakowanie, jak zwykle na ostatnią chwilę, trwało całą noc i bez snu dotarłam na lotnisko w środku nocy. Nawet nie wiem kiedy samolot wzniósł się nad chmury, odsłaniając czyste niebieskie niebo, bo cały lot, wyłączając jedynie start i lądowanie, przespałam jak niemowlak.

Mieszkam w północnym Londynie, na granicy 2. i 3. strefy. Okolica bardzo w porządku - niedaleko jest klub fitness z siłownią i basenem, kilka sklepów, pubów i przede wszystkim blisko do stacji metra i przystanków autobusowych. Do pracy dojeżdżam codziennie około 20 minut metrem - nieziemsko zatłoczoną Northern Line w kierunku centrum. Jest to dość specyficzna nitka, na której poza godzinami natężonego ruchu, można spotkać różne osobliwości.
Jedną z bardziej zatloczonych stacji, obok słynnej Kings Cross St Pancras (znanej między innymi z filmów o Harrym Potterze), jest bowiem Camden Town, które, jak już kiedyś pisałam, jest bardzo zróżnicowaną i kolorową dzielnicą. I tak na przykład w zeszłym roku do wagonika wsiadł wielki pluszowy miś i zajął całe siedzenie. Czasami już patrząc na współpasażerów można z całą pewnością stwierdzić, że mają coś wspólnego z Camden, bo jest w nich coś osobliwego. Jednak tak naprawdę każda stacja metra jest inna i nie ma dwóch takich samych stacji. Niektóre zdecydowanie wyróżniają się wzorami na podłogach, kafelkami, kolorami korytarzy czy ścian. Na jednych zawsze można posłuchać muzyki na żywo, na innych zamiast ruchomych schodów są windy. Poza tym każda nitka metra ma inne pociągi - różnią się między sobą kolorem rurek, siedzeniami (zarówno kolorystycznie, jak i pod względem rozmiaru i rozłożenia) i głosem zapowiadającym kolejne stacje (jednak chyba na wszystkich jest to głos kobiecy). We wszystkich wagonikach jednak jest duszno i gorąco, a po siedzeniach porozrzucane są gazety, które przyniosly ze sobą poranne sardynki, a następnie zostały aby mógł przeczytać je ktoś następny. I tak wszyscy w metrze czytają - książki, porozrzucane gazety, eBooki na Kindlach, iPadach, tabletach i telefonach komórkowych. Jeśli nie czytają to słuchają muzyki albo grają w jakieś gry na swoich elektronicznych zabawkach. W zdecydowanej większości milczący, zajęci sobą, anonimowi.

Rano rzadko kiedy udaje mi się wcisnąć w pierwszy pociąg, a i tak gdy w końcu uda się wsiąść, czuję się jak sardynka wciśnięta w wyjątkowo ciasną, gorącą i duszną puszkę. Powrót wcale nie jest lepszy, ale przynajmniej nic mnie nie goni i mogę poczekać na bardziej dogodny wagonik. Dużo czytam po drodze - głównie książki podróżnicze National Geographics Beaty Pawlikowskiej w wydaniu kieszonkowym, bo są tak małe, że mieszczą się do kieszeni płaszcza, a poza tym jedna taka książeczka wystarcza na około 3-4 podróże metrem. Niedawno gdy skończyły mi się "Blondynki", przerzuciłam się na Pratchetta, ale to nie jest dobra lektura na dojazdy do pracy - jest zdecydowanie zbyt długa i przeczytanie średniej grubości książki zajmuje około 2 tygodni. Czasami w metrze zdarza mi się zasnąć. Doszłam w tym do perfekcji - potrafię zasnąć niemal w każdej możliwej pozycji: na siedząco, stojąco, opierając się o ścianę, czy przytulając się do rurki.

Gdy przyleciałam do Londynu we wrześniu, kończyło się właśnie przepiękne, gorące lato. Potem przyszła jesień - z początku sucha, ciepła i wietrzna, obsypana żółtozielonymi skromnymi dywanami liści i ciepłobrązowymi kasztanami w jasnych, zielonych łupinkach. Aktualnie pogoda w Londynie jest dość depresyjna i choć nie pada tak dużo jak zimą, to wszystko jest bure, zimne i mokre. Mam to szczęście, że jak wychodzę do pracy, na lunch, czy wracam do domu, to akurat nie pada, ale w środku nocy budzi mnie ulewa bębniąca wielkimi kroplami o świetlik w dachu w moim mieszkaniu i o parapety. Rano wszystko tonie w deszczu, a czerwone autobusy smętnie mkną przez mokre ulice. Jedynie metro się nie zmienia - tu jak zawsze jest dziki upał i do pracy jedzie się na sardynkę.

2 komentarze:

  1. A tu piękna polska złota jesień. I dopiero teraz czuję, jak bardzo za nią tękniłam. Zarówno w Kopenhadze jak i w Amsterdamie strefa klimatyczna jest mniej więcej ta sama, co w Londynie, więc na jesień da się tylko narzekać (za to na zimy trafiłam nietypowe - jak dla tamtych miejsc :D - bo śnieżne i mroźne, no i wiosna/lato tegoroczne było cudowne, bo dla mnie zaczęło się już lutym i dopiero powoli kończy).
    Trzymaj się ciepło i nie daj zdołowac pogodzie!
    Pozdrawiam - dla odmiany z Polski tej jesieni.

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak sobie nadrabiam zaległości ;)

    Różne wagony, głosy zapowiadające stacje itd. na różnych liniach metra to, wydaje mi się, dość powszechna praktyka. Tak samo jest w Budapeszcie. Najciekawsza jest tam zabytkowa linia pierwsza, gdzie w wagonach na każdej stacji rozbrzmiewa dość osobliwa melodyjka. Węgrzy ogólnie uwielbiają osobliwe melodyjki przy zapowiedziach w metrze, na kolei itp.

    OdpowiedzUsuń