niedziela, 12 maja 2013

20 miesięcy później

Tydzień temu minęło 20 miesięcy od kiedy kupiłam bilet do Londynu w jedną stronę. A ja cały czas mam wrażenie, jakby nie minął nawet rok. Obiecywałam sobie wtedy, że co weekend będę zwiedzać jakieś fajne miejsca w Anglii i na bieżąco wszystko dokumentować. To już prawie 2 lata, a ja dalej nie odwiedziłam Stonehenge i Nessie, nie postawiłam stopy na południku w Greenwich, ani nawet nie zwiedziłam Pałacu Buckingham. Co zatem robiłam przez ten cały czas, poza pracą, studiami i magisterką, której jeszcze nie złożyłam? Bo wpisów przez ten cały czas nie było oczywiście z lenistwa. Zawsze wszystko odkładam na później i czasem to "później" nigdy nie przychodzi.

Przez te 20 miesięcy przekonałam się ostatecznie, że zdecydowanie nie lubię deszczu i to w żadnej postaci: ani mżawki, ani ulewy, ani tym bardziej wielkich kropli padających poziomo z powodu silnego wiatru. Niestety pada tu przez większość czasu. W zasadzie można powiedzieć, że w Anglii są dwie główne pory roku - ciepła, zielona, deszczowa wiosna z krótkim, gorącym pseudo-latem, w trakcie którego pada nieco mniej, oraz szaro-bura, wietrzna jesień z krótką, suchą niby-zimą, podczas której spadnie kilka centymetrów śniegu. Aktualnie mamy deszczową, nieco chłodną, ale za to bardzo zieloną wiosnę - dni są coraz dłuższe, na moim balkonie zakwitły wszystkie kwiatki, a rano budzą mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca. To jest ta "lepsza" część roku.

Poznałam dużo nowych smaków. W Londynie z powodu różnorodności kultur można znaleźć kuchnię z całego świata. I tak, choć nie przepadam za pikantnymi potrawami, rozsmakowałam się w kuchni meksykańskiej, włoskiej, tureckiej, wietnamskiej i japońskiej. Co jakiś czas staram się odwiedzać nowe miejsca i próbować nowych rzeczy. Mam kilkanaście ulubionych miejsc, do których uwielbiam wracać. Moje kubki smakowe uzależniły się także od kawy w Starbucksie i różnistych mieszanek herbacianych.

Dużo czytam. Na początku były to darmowe gazety rozdawane w metrze, z czasem przerzuciłam się na Kindla, ale to dalej nie było to. Obecnie czytam wyłącznie papierowe książki. Może faktycznie są nieporęczne i ciężkie, a przewracanie kartek w zatłoczonym wagoniku jest trochę niewygodne, ale nie przeszkadza mi to. Przeczytałam kilka Pratchettów, wszystkie "Dzienniki z podróży" w wydaniu kieszonkowym Beaty Pawlikowskiej i kilka przewodników. Mimo tego, że dużo czytam, mam jednak niewielkie problemy z językiem polskim. Używam go co prawda na co dzień, ale jak trzeba napisać dłuższy tekst, to każde zdanie muszę czytać kilka razy zanim będzie brzmiało w miarę naturalnie. Miewam też problemy ze słownictwem, ale to wynika raczej z tego, że nie znam polskich odpowiedników niektórych słów, których znaczenie poznałam dopiero tutaj - zwłaszcza dotyczących mojej codziennej pracy. Zauważyłam też, że zmienił się sposób, w jaki rozmawiam z innymi ludźmi. Jest to szczególnie uderzające gdy przyjeżdżam do Polski i idę na zakupy, a wszyscy patrzą na mnie jakbym urwała się z choinki gdy się uśmiecham, mówię "proszę", "dziękuję", "dzień dobry" i "do widzenia", a na dodatek jeszcze o czymś zagadam.

20 miesięcy wystarczyło aby nachomikować taką ilość rzeczy, że jeśli będę wyprowadzać się z Anglii, to na pewno nie nadam wszystkiego na bagaż. Przylatując tutaj, spakowałam się w 4 wielkie walizki, a brakujące rzeczy dowoziłam stopniowo w 2-3 kolejnych. Trudno określić przez ile trzeba to przemnożyć aby oszacować stan aktualny. Można tutaj kupić tyle rzeczy kompletnie nieosiągalnych w Polsce lub dużo tańszych, że to wszystko przyrasta z miesiąca na miesiąc. Co prawda już nie tak szybko, jak na początku, gdy dopiero się tu urządzałam, ale wystarczy odpowiednio duża przecena w sklepach kilka razy w roku, aby pod moim biurkiem w pracy znowu zaczęły lądować gigantyczne paczki ze sklepów internetowych. Rozmiarówka w sklepach jest na tyle szeroka, że w te same ubrania może ubrać się zarówno anorektyczka, jak i stukilogramowe monstrum; wzory są prześliczne, materiały bardzo dobre, a ceny przystępne. Największym zakupem ostatnich kilku miesięcy, z którym zdecydowanie nie zamierzam się rozstawać, jest gitara akustyczna, na której brzdąkam od czasu do czasu.

Zwiedziłam też trochę świata. Rok temu w maju byłam na wakacjach na hiszpańskiej wyspie Lanzarotte, w październiku - na greckiej Krecie, a w lutym szalałam na nartach na Słowacji. Za tydzień wyruszam na wyprawę roku, ale o tym napiszę więcej po powrocie. Póki co mogę zdradzić tylko tyle, że to będzie moja pierwsza podróż nie-tanimi liniami lotniczymi i pierwsza wizyta w Azji. Z jednej strony już żałuję, że na tak krótko, bo to niewiele ponad tydzień, z drugiej strony to i tak cud, że udało się zmieścić 3 wyjazdy wakacyjne w jednym roku urlopowym. A aż tak wypasione promocje w liniach lotniczych nie zdarzają się często, więc po prostu nie mogłam sobie odpuścić. Postaram się napisać obszerną relację z podróży i uzupełnić notki z archiwalnych wakacji.

Tymczasem wracam do pakowania się na wielką wyprawę. Do napisania już niebawem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz