niedziela, 23 czerwca 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: Pekin (część 1)

Pekin zawsze wyobrażałam sobie jako wielkie, kolorowe, tętniące życiem miasto, wypełnione zabytkami cesarskiej kultury. Z jednej strony zatłoczone ulice, pełne spieszących się wszędzie Chińczyków, z drugiej  parki, ogrody, pałace. Jakież było moje zdzwiwienie, gdy pierwsze co zobaczyłam po zjechaniu z niekończącej się, kilkupasmowej, zakorkowanej austrady to wielkie szare blokowiska. Całe skupiska gigantycznych blokowisk. I kolejne, wyrastające jak grzyby po deszczu, w różnym stadium budowy. Wszechobecne żurawie i wszystko takie same - szare, bure, kilkunastopiętrowe. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy to Osiedle Tysiąclecia w Katowicach. Chociaż to w sumie niesprawiedliwe, bo katowickie "kukurydze" nie dość, że są białe, to jeszcze otoczone są całkiem sporą ilością drzew. Bloki, które miałam przed sobą były po prostu szare-szare - wszystkie identyczne, wysokie, smutne, a drzew jak na lekarstwo. Żadnych placów zabaw dla dzieci ani osiedlowych sklepików. Był za to gigantyczny parking i uliczne stragany na kółkach. Przez cały pobyt w Chinach nie widziałam ani jednego wolnostojącego domku z ogródkiem. Pierwszy dzień w Pekinie przyniósł duże rozczarowanie.




Drugiego dnia wybrałam się do centrum Pekinu - na słynny Plac Niebiańskiego Spokoju Tiananmen. Pierwsza podróż metrem była pozytywnym zaskoczeniem. Jednorazowy przejazd w dowolne miejsce z nieograniczoną liczbą przesiadek kosztuje 2 yuany, czyli około złotówkę.


Metro jest rewelacyjnie oznakowane po chińsku i po angielsku, wszędzie wiszą mapki, a na stacjach są tablice pokazujące kierunek jazdy i nazwy kilku następnych stacji. Do tego ekran wyświetlający najbliższy przyjazd. Idealnie czyste podłogi. Żadnego kurzu. Co chwilę można spotkać kogoś biegającego z mopem, szczotką i szufelką. Schody ruchome najczęściej tylko w jednym kierunku. Przed przejściem przez bramki, wszystkie plecaki, torebki i siatki trzeba położyć na specjalnej taśmie. Trudno powiedzieć co dokładnie robi znajdujące się nad nią urządzenie. Na pewno ma wbudowany rentgen, ale obok znajduje się też informacja o wykrywaczu narkotyków i substancji wybuchowych.

 
Przy każdym takim urządzeniu stoi zawsze kilku policjantów. Wagoniki metra są klimatyzowane i jest w nich zasięg telefonii komórkowej 2G. Samo metro rozrasta się w imponującym tempie. To tak jakby w Londynie w ciągu 13 lat zbudować połowę aktualnej siatki połączeń. Jest szybkie, tanie i bardzo ciche w porównaniu z londyńskim. Na każdej stacji narysowane są linie wyznaczające miejsca, w których należy stać na peronie tak, aby umożliwić innym wyjście z wagonika. Niestety i tak każdy pcha się na każdego. Kiedy tylko drzwi wagonika zamkną się, od razu kilka osób przepycha się z głębi i ustawia tuż przy wyjściu - to oznacza, że będą wysiadać na następnej stacji.



W wagonikach zazwyczaj znajduje się kilka wyświetlaczy z reklamami lub propagandowymi scenkami rodzajowymi, "uczącymi" obywateli tego, jak należy zachowywać się w określonych sytuacjach. Ponieważ cała przestrzeń - na stacji, w wagoniku, w długich korytarzach metra, została już zagospodarowana, niektóre tunele wyłożone są dodatkowymi wyświetlaczami, na których można oglądać ruchome reklamy, poruszające się z tą samą prędkością co wagonik. Czasami są to nawet kilkusekundowe filmy z napisami! Wygląda to mniej więcej tak:


 Mój jedyny przystanek drugiego dnia to Plac Tiananmen. Wysiadam i uderza mnie fala ponad 30stopniowego upału. To zupełnie inne 30 stopni niż w Polsce czy nawet w Anglii. Na zakorkowanych dwukierunkowych pięciopasmowych ulicach, przy braku wiatru, 30 stopni to coś zupełnie innego. Jakby tego było mało, w Pekinie jest bardzo duże zanieczyszczenie środowiska. Pierwsze trzy dni bez przerwy kaszlałam, a moje oczy łzawiły. Budynki oddalone o kilkadziesiąt metrów wydawały się przytłumione, jakby oglądane przez gęsty dym papierosowy. Słyszałam, że w prognozie pogody dla Pekinu podawany jest stan zanieczyszczenia powietrza i jeśli jest odpowiednio wysoki, to nie powinno się wychodzić z domu. Niektórzy przezornie chodzą z maseczkami na twarzy, choć trudno obiektywnie ocenić na ile są skuteczne.


Byłam przekonana o tym, że naprawdę dobrze przygotowałam się do zwiedzenia centrum Pekinu. Przeczytałam przecież, że to trzeci co do wielkości plac na świecie. Wiedziałam też, że 800 metrów długości i 300 metrów szerokości (o ile o placu można mówić używając takich pojęć jak długość i szerokość). Ale czy naprawdę ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić plac, którego jeden bok ma 800 (słownie: osiemset) metrów?





Przestrzeń jest ogromna. Odległości w całym Pekinie są gigantyczne. Na mapie miasta wydaje się często, że coś jest blisko, tyle że skala jest po prostu zupełnie inna. Plac Niebiańskiego Spokoju jest tak ogromny, że aż trudno go sfotografować. Na jednym z jego końców znajduje się brama Zakazanego Miasta z wielkim portretem Mao Tse-tunga. Portret, jak i powiewające czerwone flagi, widoczne są na przeciwległym końcu placu.


Jest to najpilniej strzeżony plac na świecie. Wszystkie wejścia są gęsto obstawione policją, wykrywaczami metalu, rentgenami. Plecaki i torebki przeszukiwane są dodatkowo ręcznie, a wszelkie napoje konfiskowane. Co któraś osoba poddawana jest dodatkowej maualnej kontroli bezpieczeństwa. Tak skrupulatna kontrola dotyczy jednak głównie Chińczyków. Ani razu nikt nie zabrał mi napoczętej butelki z wodą, nie chciał abym otwierała plecak i mnie nie dotykał.


Policjanci bardzo rzadko pozwalają się fotografować, ale ten nie miał nic przeciwko i bardzo chętnie pozował do zdjęcia przed Mauzoleum Mao:


Następnie udałam się do pobliskich hutongów. Hutong to stara dzielnica miasta, w której dominują ciasno połączone niskie budynki i wąskie uliczki. Można w nich znaleźć dużo sklepów i restauracji, a także straganów ulicznych, ale warunki sanitarne pozostawiają wiele do życzenia.







Tu był zupełnie inny świat. Zatłoczony, głośny, pełen zapachów. Niestety z powodu niewielkiej odległości od Placu Tiananmen, jest to miejsce bardzo komercyjne. Nie kupimy tutaj niczego w okazyjnej cenie, a nawet znacząco przepłacimy. Jest tu Starbucks i lodziarnia Haagen Dazs, a także stara apteka, liczne herbaciarnie i sklepy z pamiątkami.




Pod koniec drugiego dnia wiedziałam już, że Pekin jest dużo większy niż to sobie wyobrażałam. A na dodatek rozwija się w zaskakującym tempie! Czuję respekt.


c.d.n

2 komentarze:

  1. Super!

    Zaciekawiły mnie te propagandowe scenki rodzajowe - co na nich się znajdowało?

    OdpowiedzUsuń
  2. Były to z pozoru zupełnie niewinne scenki, pokazujące jak należy się zachowywać w poszczególnych sytuacjach - starszej osobie należy ustąpić miejsca w autobusie, nie należy jechać samochodem bez zapiętych pasów, trzeba przestrzegać przepisów drogowych, należy słuchać i przestrzegać tego co mówi policjant, itp. Może nie byłoby się do czego przyczepić, gdyby scenki nie były nienaturalnie przejaskrawione i gdyby między nimi nie pojawiał się slajd z hasłami: 'Beijing Spirit: Patriotism Innovation Inclusiveness Virtue'.

    OdpowiedzUsuń