sobota, 8 czerwca 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: podróż

Ta wyprawa była szczególna z wielu powodów.

A zaczęła się zupełnie przez przypadek. Pewnego dnia na jednym z portali znalazłam informację o tanich lotach z Warszawy do Azji. Tyle fascynujących miejsc do zobaczenia - gdybym tylko miała więcej urlopu! I chociaż nie mam go wcale tak mało, to jakoś się rozszedł - na wakacje w październiku, święta w grudniu, narty w lutym i kilka pomniejszych wyjazdów... najnormalniej w świecie się po prostu skończył. Akurat wtedy, gdy był najbardziej potrzebny. To przecież Azja! Taka okazja nie zdarza się codziennie. Po długich konsultacjach, przeliczaniu urlopu, dni wolnych i weekendów na wszystkie możliwe sposoby, zdecydowałam: jadę. A reszta jakoś się ułoży. Miał to być mój pierwszy lot nie-tanimi liniami lotniczymi i pierwsza wizyta w kraju, w którym trudno porozumieć się po angielsku.

Kierunków było wiele, ale wybór bardzo prosty. To oczywiście ogromne uproszczenie, ale dla mnie Azja to zawsze były przede wszystkim chińskie smoki, Chiński Mur i Zakazane Miasto, a dopiero później cała reszta. Dlatego właśnie wybrałam Pekin.


Wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Godziny przygotowań, planowania, czytania, konsultacji. Przewodniki, książki o Chinach, poradniki, relacje z podróży, rozmówki, mapy. Mobilny Google Translate angielsko-chiński w trybie offline (aby się jakoś dogadać) oraz aplikacja do rysowania chińskich znaczków i tłumaczenia ich na angielski (tak na wszelki wypadek, aby nie zjeść nieświadomie czyjegoś psa). Pierwsza w paszporcie wiza, a w portfelu gruby plik czerwonych chińskich yuanów, z których groźnie spogląda równie czerwony Mao.

I w końcu nadszedł TEN dzień.





Lot do Dubaju był dość męczący - o ile obsługa na pokładzie samolotu była bez zarzutu, to jednak miejsca w klasie ekonomicznej w Airbusie A330-200 były mniej wygodne od miejsc awaryjnych w niskobudżetowym Wizzairze. Lotnisko w Dubaju okazało się być gigantycznym centrum handlowym. Na każdym kroku sklepy, sztuczne palmy, zegary Rolexa, wypasione fontanny i windy oraz wszechobecna ochrona.



Kolejny lot był dużo przyjemniejszy. Na pokładzie dużego Airbusa A380-800 oglądnęłam "Hobbita", naładowałam telefon i przespałam się w zdecydowanie wygodniejszym fotelu. Dopiero tutaj można było w pełni docenić cywilizowane linie lotnicze. Lotnisko w Pekinie nie zrobiło na mnie właściwie żadnego wrażenia. Na szczęście okazało się, że nie muszę wypełniać żadnych formularzy z deklaracją zawartości bagażu, nikt nie chciał również oglądać mojej walizki, a jedyne co trzeba było zrobić, to wypełnić kartę przylotu dla imigrantów. O tym jak wielki jest terminal, na którym lądowałam, przekonałam się dopiero w drodze powrotnej.

Po przylocie do Pekinu udało mi się o dziwo uniknąć tzw jet laga. 15 godzin lotu, nienaturalnie krótka noc, przesunięcie czasowe o 8 godzin i błąkanie się przez 6 godzin po lotnisku w Dubaju zrobiły swoje. Pierwszej nocy poszłam spać na tyle wcześnie, żeby bez problemu wstać następnego dnia rano i ruszyć na zwiedzanie.

3 komentarze:

  1. Fajnie się zaczyna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż taki paskudny ten A330 Emirates?

    OdpowiedzUsuń
  3. A330 Emirates nie jest aż taki paskudny ;) Miejsca w środku są w układzie 2+4+2. Szkoda tylko, że standardowe miejsca w klasie ekonomicznej są mniej wygodne od miejsc awaryjnych w Wizzairze czy Ryanairze. Jest to oczywiście o klasę niżej od A380, w którym można oglądać filmy, czy podłączyć telefon do portu USB aby się naładował przez noc. Dało się przeżyć ;)

    OdpowiedzUsuń