niedziela, 21 lipca 2013

Zmiany, zmiany...

Ostatnio w moim życiu dużo zmian. W czerwcu skończyłam oficjalnie Graduate Program. Kończy mi się powoli czas na oddanie pracy magisterskiej, która poślizgnęła się dość znacznie, ale do września wszystko powinno być już zapięte na ostatni guzik. Jakby tego było mało, to jeszcze na początku sierpnia się przeprowadzam. Ponieważ moje nowe mieszkanko jest nieumeblowane, dochodzą do tego jeszcze zakupy, składanie mebli i wszystkie te rzeczy, o których jeszcze nie pomyślalam z powodu braku wyobraźni. Wyprowadzam się zatem z północnego Londynu, za którym będę tęsknić, do Greenwich, które mam nadzieję oswoić jak najszybciej.

Miałam dużo szczęścia przy szukaniu mieszkania. Ofert jest co prawda bardzo dużo i wydawałoby się, że jest w czym przebierać, ale większość z nich w momencie publikacji na dużych serwisach, gromadzących oferty agencji, jest już nieaktualna. Mieszkanie w dobrej lokalizacji za dobrą cenę znika z oferty w ciągu kilku godzin, czyli czasami nie ma nawet szans, aby je zobaczyć. Różne agencje mają też różną politykę - osobiście chyba wolę zasadę "kto pierwszy ten lepszy", bo przynajmniej jest uczciwie, można porozmawiać o cenie i o warunkach wynajmu; a zdecydowanie nie polecam agencji robiących "casting cenowy", czyli kto zaoferuje więcej, ten bierze mieszkanie. Oczywiście aby wystartować w castingu cenowym trzeba podpisać wstępne dokumenty, zostawić kopię dokumentów (prawo jazdy lub paszport) i zapłacić tzw holding deposit, który na szczęście jest zwracany w przypadku, gdy dana oferta przegrywa. Tak czy siak, uważam, że jest to nieuczciwe, bo kilka dni zajmie zanim pieniądze wrócą na konto, a do tego podajemy agencji dość dużo danych osobowych, które do niczego nie powinny być potrzebne na tym etapie.

Na szukanie mieszkania wzięłam kilka dni urlopu i dzięki temu mogłam jeździć od rana do nocy i być na miejscu w ciągu godziny od pojawienia się ogłoszenia na stronie. To dawało niewątpliwą przewagę, choć niestety w większości były to albo małe klitki, albo okolica była bardzo nieciekawa, albo stan mieszkania (pojedyncze okna, ogrzewanie elektryczne, itd) sugerował wysokie rachunki za media. Jednak codziennie udawało się znaleźć jedno mieszkanie, któremu nic nie brakowało, choć zazwyczaj przekraczało mój budżet. Czwartego dnia oględzin, poprzedzonego dwoma tygodniami intensywnych poszukiwań w internecie, udało się znaleźć moje nowe mieszkanko. Co prawda w ogóle nie znajdowało się w północnym Londynie, do którego się na początku ograniczyłam, ale najwyraźniej niektóre rzeczy dzieją się przypadkiem :) Pozostały już zatem tylko formalności i baaardzo duże zakupy. A potem bardzo dużo pracy.

Na ciąg dalszy relacji z Pekinu zapraszam we wrześniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz