niedziela, 6 października 2013

Jesień w Londynie

Po wyjątkowo upalnym, jak na Anglię, lecie, przyszła ciepła, pogodna jesień. To moja trzecia jesień w Londynie - dotychczas ta pora roku bywała zimna, mokra, deszczowa, szaro-bura i pesymistyczna. W tym roku jest zupełnie inna. Brakuje jej co prawda przepięknych, kolorowych dywanów liści, tak typowych dla polskiej złotej jesieni, za którą bardzo tęsknię, ale kto wie - może jeszcze przyjdzie na nie czas. Póki co jest bardzo ciepło, niemal bezdeszczowo, temperatury sięgają nawet dwudziestu stopni, a liście na drzewach są niezmiennie zielone. Niedaleko rośnie wielki, rozłożysty kasztanowiec i przechodząc pod nim codziennie, za każdym razem wypatruję pierwszych kasztanów. Żaden nie spadł jeszcze na ziemię - wszystkie dorodne, kolczaste kulki trzymają się dalej zielonych gałązek.

Tydzień temu byłam na kilka dni w Polsce, głównie po to, aby złożyć na uczelni pracę magisterską. Informatyka przeniosła się co prawda do nowego budynku, na którym praktycznie nie miałam zajęć (nie licząc kilku egzaminów), bo byłam już wtedy w Londynie, a na korytrzach brak znajomych twarzy, ale mimo to wróciło tyle wspomnień, związanych z tym krótkim czasem, kiedy mieszkałam w Krakowie. To był naprawdę fajny czas. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdybym nigdy nie wyjechała. Na pewno było by inaczej, choć trudno powiedzieć do końca jak. Kto wie, może jeszcze kiedyś tam wrócę?

Od czasu ostatniego wpisu zdążyłam przeprowadzić się do Greenwich i urządzić moje nowe mieszkanko. Jest tu zdecydowanie ładniej niż w północnym Londynie. Więcej zieleni, cicho, spokojnie, nie słychać jeżdżących co chwilę karetek na sygnale i nie ma tu pubu, który codziennie zrzucałby puste butelki do metalowego kosza w środku nocy. Jest kilka sklepów, w tym wielkie Tesco, czynne całą dobę w tygodniu. Do pracy dojeżdżam pociągiem DLR, który jedzie po powierzchni przez dzielnicę Docklands, mijając Canary Wharf i Arenę O2. W odróżnieniu od Northern Line, w wagoniku prawie zawsze da się usiąść, można otworzyć okno, dzięki czemu jest czym oddychać, a nawet jeśli ma się pecha i zabraknie miejsc siedzących, to człowiek nigdy nie czuje się jak sardynka. Dojazd do pracy zajmuje co prawda trochę więcej czasu niż poprzednio, ale zdecydowanie mniej męczy. No i można odpisać na całą zaległą pocztę w podróży albo porozmawiać przez telefon.

Ostatnio w moim życiu dużo zmian. Myślę, że w dłuższej perspektywie wyjdą mi na dobre. Minie jednak trochę czasu, zanim się do wszystkiego przyzwyczaję.
 

2 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że zarówno w Greenwich jak i w Krakowie długo nie będzie takiej pogody jak na klipie Turnaua :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Póki co nie pada :) Niestety na dywany z liści nie ma co liczyć. Codziennie rano idąc do pracy spotykam pana, który szczotkuje grabiami trawnik w poszukiwaniu liści, które skrzętnie wyrzuca do kosza na śmieci.

    OdpowiedzUsuń