niedziela, 22 grudnia 2013

Wyprawa do Krainy Smoków: chińska kuchnia

Zanim wyjechałam do Londynu, chińska kuchnia kojarzyła mi się głównie z tanimi chińskimi zupkami w proszku, ryżem, tłustymi fast foodami i wątpliwej jakości jedzeniem podejrzanego pochodzenia. Nigdy nie interesowałam się szczególnie kuchnią azjatycką i nie wiedziałam, że jest tak kolorowa, zróżnicowana i smaczna. I choć w Anglii odkryłam pyszną kuchnię japońską, wietnamską i tajską, a nawet przekonałam się do niektórych specjałów kuchni indyjskiej, to chińska dalej pozostawała tajemnicą.

Ponieważ zależało mi na tym, aby odwiedzić takie miejsca, w których jedzą głównie miejscowi, na kilka tygodni pożegnałam się z widelcem i nożem i tygodniami ćwiczyłam sprawne jedzenie pałeczkami - z bardzo różnym efektem. Do dziś nie umiem trzymać ich poprawnie i posługuję się nimi trochę jak widelcem, na który można zagarnąć kilka ziarenek ryżu i szybko skonsumować, zanim zdążą się zsunąć i spaść z powrotem na talerz. Z większymi obiektami szło mi nieco lepiej, ale daleko mi do chińskich dzieci, które przy sąsiednich stolikach sprawnie wsuwały pałeczkami poplątany metrowy makaron. W jednym z lokalnych fast foodów, który był jedynym otwartym miejscem w środku nocy, starsza Chinka, która nie mówiła ani słowa po angielsku, widząc moje starania, wyciągnęła spod lady plastikowy jednorazowy widelec i przyniosła mi go, uśmiechając się od ucha do ucha. W całym lokalu zrobiło się cicho, wszyscy przestali jeść i patrzyli z lekkim rozbawieniem w moją stronę, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Grzecznie odmówiłam i udało mi się jakoś dokończyć posiłek pałeczkami, nie rozrzucając zbyt dużo po stole, przy ogólnym rozbawieniu wszystkich dookoła.

W Pekinie odwiedziłam różne restauracje, głównie te polecane na portalu TripAdvisor. Uznałam, że nawet jeśli nie mają ani jednej recenzji po angielsku, ale są wysoko oceniane przez Chińczyków, to coś w nich musi być. Poniżej opisałam kilka, które szczególnie zapadły mi w pamięć


lokalny chiński fastfood
Chinatown Shopping Plaza, Minzuyuan Road, Chaoyang, Beijing, China

Mały bar szybkiej obsługi w gigantycznym centrum handlowym niedaleko hotelu, w którym mieszkałam. Bardzo dziwne miejsce - z jednej strony tradycyjne chińskie dania, z drugiej zestawy obiadowe z surówką i wściekle słodkimi napojami w papierowych kubeczkach ze słomką. Surówki, będące dość nietypowym jak na Chiny daniem, podawane były z wbitym na sztorc w zawartość miseczki białym plastikowym widelcem. Do zupy klasyczna ceramiczna łyżeczka, a do dania głównego - lakierowane drewniane pałeczki. To był zdecydowanie najtańszy obiad jaki jadłam w Pekinie.


Zestaw, składający się z miseczki zupy, dania głównego z ryżem do wyboru, surówki i napoju kosztował w przeliczeniu z yuanów około 12 zł. Menu wyłącznie po chińsku, ale przynajmniej z obrazkami.


Bianyifang Roast Duck
5 Chongwenmen Outer Street, Beijing New World Shopping Center 3/F, Chongwen District, Beijing, China

Bianyifang Roast Duck to sieć restauracji, których popisowym daniem jest pieczona kaczka. Każdemu klientowi, który je zamówi, przedstawiany jest numer seryjny przygotowanej dla niego specjalnie kaczki, wraz z krótkim opisem jej życia w hodowli. Na specjalnym wózku, przystrojonym białym obrusem, na metalowej tacce wjeżdża świeżo upieczona kaczka. Kucharz, w białej czapce na głowie, uzbrojony w ostre narzędzia, rozpoczyna następnie trwający kilka minut rytuał krojenia kaczki na oczach gości. Chodzi o to, aby oddzielić pokrojoną w idealnie równe, cienkie paseczki chrupiącą skórkę i soczyste mięso tuż pod nią, podawane osobno na talerzykach jako danie główne, od kości, które wrócą do kuchni i posłużą do ugotowania wywaru na zupę. Tak przygotowaną kaczkę należy własnoręcznie zawinąć, wraz z sosem sojowym i warzywami, w cienki ryżowy mini-krokiecik. Niektórzy dodatkowo obtaczają wypieczoną skórkę w białym cukrze. Kaczka po pekińsku to jedno z najbardziej znanych w Pekinie dań z kaczki. Ponieważ kaczkę próbowałam już w innej restauracji, i nieszczególnie przypadła mi do gustu, postanowiłam spróbować tutaj czegoś innego. A ponieważ bardzo mi smakowało, przyszłam tutaj dwa razy.

zupa z tofu, grzybów mun i zielonej pietruszki; Kung Pao Chicken (kurczak, orzeszki ziemne, suszona czerwona papryczka chili, por, sos sojowy); durian zapiekany w cieście francuskim; wołowina ze słodkimi ziemniakami, suszonymi czerwonymi papryczkami chili, brokułami i porem; wieprzowina w sosie własnym

gotowane na parze pierożki z mąki ryżowej z krewetkami; bliżej nieokreślone "coś" do picia, w smaku przypominające bożonarodzeniowy kompot z suszonych owoców


kuleczki ze słodkich ziemniaków z miętą i kokosem

słodkie bułeczki z mięsem i warzywami gotowane na parze

 Ceny zdecydowanie wyższe niż w lokalnym fastfoodzie, ale jedzenie pierwsza klasa. Ogromne menu, w postaci grubej kilkudziesięciostronicowej książki formatu A4 po chińsku i angielsku z obrazkami. Za każdym razem po złożeniu zamówienia, kelner kładł na stole wypisany ręcznie po chińsku rachunek, z którego następnie pod czujnym okiem szefowej sali skreślał pozycje w miarę przynoszenia nowych dań. Prawie nikt nie mówił tutaj po angielsku, ale do podstawowej komunikacji wystarczył angielsko-chiński Google Translate.


Manfulou
38 Di'anmennei Dajie, Beijing, China

Manfulou urzekło mnie bardzo elegancko zaprojektowanym wnętrzem - dużo tu koloru czerwonego, żółtego i złotego, w zdobieniach dominują smoki, a pośrodku głównej sali na suficie znajduje się płaskorzeźba ze smokami i gigantyczny smoczy lampion. Zdziwiło mnie menu - było w nim bardzo mało typowych dań jedzonych z dodatkiem ryżu, a bardzo dużo surowych potraw. Ponieważ wtedy jeszcze nie wiedziałam zbyt wiele o chińskiej kuchni, uznałam, że widocznie Chińczycy tak już jedzą - w końcu w Europie jada się tatara, to może tutaj jest podobnie. Zamówiłam zatem dania, które wydawały się "bezpieczne", choć przy jednym z nich kelnerka bardzo się ożywiła, gestykulowała, mówiła coś po chińsku i pokazywała na inne stoliki, ale całość była kompletnie niezrozumiała. Kilka razy jeszcze upewniała się, czy na pewno, ale ponieważ były to oswojone już wcześniej pierożki z mięsem, przypominające w smaku polskie pierogi, więc stanowczo odpowiadałam, że tak, na pewno chcę. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że Manfulou to restauracja hot pot, czyli "ugotuj sobie sam". Polega to na tym, że dostaje się surowe półprodukty, które należy samodzielnie ugotować w wodzie lub specjalnie przygotowanym wywarze, dostępnym w różnych smakach. No i właśnie te "bezpieczne" pierożki przyszły... surowe, a do nich wanienka z wodą, ogrzewana od spodu lampką naftową. Pani kelnerka wykazała się przy tym anielską cierpliwością, demonstrując na migi jak należy z tego korzystać, jak złapać pierożek pałeczkami, jak długo powinien się gotować i jak go następnie wyłowić. Wszyscy dookoła mieli niezły ubaw, ale po kilku nieudanych próbach wyłowienia pierożka z wanienki, ktoś zlitował się i przyniósł łyżkę i od tego momentu wszystko było zdecydowanie prostsze. Bardzo ciekawe i pozytywne doświadczenie. Większość dań udekorowana była storczykami - dopiero później dowiedziałam się, że są one jadalne.


"bezpieczne" pierożki

Bardzo smaczne jedzenie. Ponieważ to hot pot, większość menu stanowią surowe półprodukty - głównie warzywa, owoce morza i mięso. Menu angielsko-chińskie z dużymi obrazkami. Z całej obsługi, po angielsku co nieco mówiła jedna kelnerka, ale to wystarczyło aby zamówić nieobecny w karcie ryż.


Haidilao Wangfujing Branch
8F Tianyingtai Dept Store, 88 Wangfujing Dajie, Dongcheng District, Beijing, China

Mając za sobą pierwsze doświadczenia z hot potem, postanowiłam udać się do Haidilao, w którym wszystko trzeba sobie samemu ugotować. Do wanienki z gotującą się wodą, wlewa się wybrany smak wywaru - pieczarkowy, pomidorowy lub pikantny. Można też wziąć pół na pół - na poniższym zdjęciu po prawej pomidorowa zupa z pieczarkami, a po lewej "średnio" pikantna z całymi papryczkami chili, imbirem i czosnkiem.


To nie było średnio pikatne - ten wywar palił w język i gardło, przeczyszczał nos i wyciskał z oczu łzy. To było bardzo pikantne, wręcz niejadalne. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o kuchni syczuańskiej, znanej z ostrych przypraw. "Średnio" pikantne w skali syczuańskiej to "kompletnie niejadalne" w skali europejskiej. Do zupy trzeba było wybrać składniki z długiego menu z obrazkami, w którym były warzywa, owoce morza, jajka, tofu, a także wszystkie możliwe części zwierząt, jakie tylko można sobie wyobrazić. Naprawdę wszystkie - i nie tylko pospolite móżdżki, nerki, czy łapki: wszystkie-wszystkie, a gdyby ktoś miał wątpliwości, każdemu półproduktowi towarzyszyły bardzo sugestywne obrazki.



zupa po dodaniu składników
Bardzo prosty pomysł - dostarczyć świeże półprodukty i zostawić gotowanie klientom. Na pewno nikt nie będzie narzekał, że kapusta była rozgotowana, kalafior zbyt twardy, a mięso nieświeże. Do restauracji przychodziły całe rodziny, a ceny były stosunkowo niskie. Musi tu jednak przychodzić dużo turystów - obsługa mówiła zdecydowanie zbyt dobrze po angielsku. To również pierwsze (i jedyne) miejsce, w którym kelner przyjął napiwek i nie gonił mnie po ulicy z resztą, przekonując, że pomyliłam się przy odliczaniu pieniędzy i zapłaciłam za dużo.


Duck King (Ya Wang)
1 Minzuyuan Lu, Chaoyang district, Beijing, China

To miejsce odwiedziłam ostatniego dnia, tuż przed odlotem. W całej restauracji dominował motyw kaczki - nawet stojak na pałeczki był w kształcie kaczki. Tuż przy wejściu gigantyczne akwarium z rybami. Tu też bywa zdecydowanie zbyt wielu turystów - nigdzie wcześniej nie widziałam ryżu w menu, i nigdy wcześniej nie dostałam go w tak dużych ilościach, a do tego z zielonym groszkiem konserwowym. Jednak dwie potrawy szczególnie pozytywnie zapadły mi w pamięć, nawet jeśli nie były typowo chińskie: wołowina z pieczonymi batatami i słodką papryką oraz wołowa gicz z marchewką i brokułami w sosie własnym. O ile wołowinę dało się jeszcze zjeść pałeczkami, o tyle duże kawałki giczy w sosie nijak nie dały się nabrać ani na łyżkę, ani między pałeczki. Rozejrzałam się po sali i już nie miałam wątpliwości jak to należy zjeść - choć do przedostatniej kosteczki czułam się jak barbarzyńca, który nie słyszał nigdy o sztućcach. Przedostatniej, ponieważ w Chinach zawsze należy coś zostawić na talerzu - oddawanie pustego talerza jest uznawane za niekulturalne i świadczy o tym, że gość się nie najadł.




Przez cały mój pobyt w Chinach, w żadnej restauracji (poza hot potem) nie znalazłam surowych warzyw ani produktów mlecznych. Wszystko było gotowane lub smażone. I prawie zawsze przepyszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz